"AHS: Hotel" (5x01): Bardzo długi teledysk

"American Horror Story: Hotel" (Fot. FX)

"American Horror Story: Hotel" (Fot. FX)

Z roku na rok fabuła w "American Horror Story" stawała się coraz bardziej szczątkowa, ale tym razem chyba pobite zostaną wszelkie rekordy. Godzinny pilot 5. serii o podtytule "Hotel" to w zasadzie jeden długi, kolorowy teledysk, w którym nie chodzi o nic.

"American Horror Story" to od początku przede wszystkim pastisz gatunku horroru. Ryan Murphy i jego ekipa radośnie miksowali wszystkie te straszne rzeczy, które widzieliśmy już setki razy, podlewali to czarnym humorem i z rozmysłem budowali kiczowaty klimat. Raz wychodziło lepiej, raz gorzej, ale na pewno wszystkie serie łączy jedno: wyśmienita obsada aktorska. Przez cztery sezony królowała Jessica Lange, tak samo świetna w każdej wersji, teraz tę rolę ma przejąć Lady Gaga.

I po pierwszym odcinku można powiedzieć jedno: kontrowersyjna artystka i tutaj tworzy bardzo wyrazistą kreację, pozostając przy tym właściwie sobą. Serialowa Gaga ubiera się jak prawdziwa, mówi jak prawdziwa i szokuje jak prawdziwa. Tyle że tutaj mamy dodaną lekką nutkę szaleństwa w postaci zamiłowania do dzikiego seksu połączonego z wampiryzmem. Pazurzaste rękawiczki to narzędzie zbrodni, a Hotel Cortez, którym rządzi grana przez Gagę Hrabina, jest miejscem, gdzie dzieją się rzeczy przerażające.

W godzinnym pilocie dostaliśmy wiele przykładów - jedne były mniej pomysłowe, inne bardziej. Ryan Murphy z rozmysłem epatuje wszelkiego rodzaju obrzydliwościami i miesza je z popkulturowym kiczem. Mamy więc zatęchły klimat retro, eleganckie suknie, straszydła zaszyte w łóżkach, przerażające w zamierzeniu dzieci, sale tortur, tajemniczy pokój nr 64, dwie piszczące blondynki dostarczone prosto ze Szwecji i na dokładkę jeszcze różne upadłe istoty, którym kiedyś marzyła się kariera w Hollywood albo świecie mody.

Plejada gwiazd jest rzeczywiście imponująca. Oprócz Gagi w hotelowej odsłonie "American Horror Story" pojawiają się: Matt Bomer jako upadły aniołek Donovan, Kathy Bates w roli jego matki, Sarah Paulson jako ćpunka Sally, Denis O'Hare jako facet o ksywce Liz Taylor, Cheyenne Jackson jako Will Drake, projektant i jednocześnie nowy właściciel hotelu, Wes Bentley i Chloë Sevigny jako detektyw Lowe i jego żona, Evan Peters jako dawny właściciel i seryjny morderca w jednym, Max Greenfield jako kolejny upadły aniołek. Razem tworzą specyficzną zgraję, barwną, pogrążoną w dekadencji, ale niespecjalnie przerażającą. Zresztą cały "Hotel" jest tak przerysowany i przestylizowany, że trudno czegokolwiek się bać i cokolwiek traktować poważnie. Serial ma specyficzny klimat, będący mieszanką taniego horroru i hollywoodzkiego kiczu. Jeśli już straszy, to tak tandetnie, że niespecjalnie to człowieka porusza. Zwłaszcza jeśli parę strasznych filmów już w życiu widział.

Największa zaleta "American Horror Story: Hotel" to nie najgorzej napisani bohaterowie i naprawdę rewelacyjna obsada. Do osób, które znamy z poprzednich części, dołączyły kolejne znane twarze i widać, że wszystkim sprawia ogromną frajdę ta zabawa w horror. Powiedziałabym nawet, że ekipa, która serial tworzy, prawdopodobnie bawi się znacznie lepiej niż widzowie. Wystarczy spojrzeć na Lady Gagę w ostrej scenie seksu, w której miała na sobie w zasadzie tylko biżuterię, a krew sikała dookoła jak szalona. Jej mina mówi wszystko - granie u Murphy'ego to nie tyle praca, co zabawa jej ulubionymi zabawkami, wzniesiona na nowy poziom.

Mimo że fabuła jest szczątkowa - i bardzo, ale to bardzo przewidywalna - pierwszy odcinek "American Horror Story: Hotel" ogląda się bez większego bólu. To wielki, kolorowy spektakl, który ma nas oszałamiać i zadziwiać swoją groteskowością. Cieszyć świetnymi występami, zaskakiwać kolejnymi okrutnymi pomysłami i od czasu do czasu podrzucać jakiś twist, który sprawi, że będziemy ciekawi ciągu dalszego.

Podobno z Hotelu Cortez nie da się wymeldować i ja też na razie tego nie zrobię. Doceniam to, że Ryan Murphy nie tworzy "normalnych" seriali, tylko ciągle trzyma się swojego charakterystycznego stylu i uprawia zabawę popkulturą z tą samą radością kolejną już dekadę. Ale prędzej czy później brak wciągającej historii staje się dla mnie nie do przeskoczenia. "Freak Show" rzuciłam po pierwszym odcinku, w hotelu zamieszkam jeszcze przynajmniej przez tydzień. Nie dlatego, że interesuje mnie historia policjanta i jego małżonki albo że liczę na kolejne szaleństwa Lady Gagi. Nie, ja chcę po prostu zobaczyć tych bohaterów, którzy jeszcze nie zdążyli się zaprezentować.

Czy stracę zainteresowanie, kiedy już przed moimi oczami zdążą mignąć wszyscy? Najprawdopodobniej tak właśnie będzie. Jednak miliony widzów będą to śledzić dalej, może nie z zapartym tchem, ale na pewno dobrze się przy tym bawiąc.