"Supernatural" (11x01): Ciemność na peryferiach

"Supernatural" (Fot. The CW)

"Supernatural" (Fot. The CW)

Pod wieloma względami w 11. sezonie wszystko pozostało bez zmian. Zwiedzamy świat na skraju zagłady, ludzkość cierpi – wiadomo. Całe szczęście, że w "Out of the Darkness, Into the Fire" pojawiły się elementy, które nieśmiało można zakwalifikować do grupy relatywnie nienadużywanych. Spoilery.

Pomyślcie, o ile przyjemniejszy byłby świat bez Winchesterów. Jasne, potwory zjadałyby jakąś część ludności, demony dalej kręciłyby swoje interesiki, ale za to np. apokalipsy by nie było. To chyba plus? I nikt by też nie myślał o wypuszczaniu na wolność całego tego szachrajstwa, które harcowało po globusie dzięki tym dwóm… – tu wstawić stosowny epitet.

Jednak nawet w historii toksycznego związku Deana (Jensen Ackles) i Sama (Jared Padalecki) nie było gorszego momentu niż finał 10. sezonu. W "Brother's Keeper" ten duet… – ponownie stosowny epitet – nie tylko wypuścił na wolność zło starsze niż sam Wszechmogący, ale i przyczynił się m.in. do zgonu Śmierci. Śmierci! Uprzedzając ewentualne pytania: tak, od maja minęło kilka miesięcy, a mi wciąż nie przeszło.

Rozpoczynające 11. serię "Out of the Darkness, Into the Fire" przenosi nas z powrotem momentu, w którym tzw. Ciemność uwolniona została ze swojego więzienia. Gdy już bracia odnaleźli się po tym kataklizmie – rozdzielić się można nawet i w zamkniętym od wewnątrz samochodzie – okazało się, że w okolicy pojawiły się nowe potwory, czyli po prostu wariacja na temat zombie. W dalszej części odcinka Winchesterowie m.in. zwiedzili opustoszały prowincjonalny szpital i starali się uratować niemowlę oraz policjantkę, znaczy Jennę (Laci J Mailey).

W kilku momentach odcinka zobaczyliśmy także, co się stało z Deanem, gdy zniknął z Impali w czasie kiedy samochód znajdował się wewnątrz wielkiej czarnej chmury. Starszy z braci po prostu stanął twarzą w twarz z Ciemnością w dorosłej postaci (Emily Swallow). Po wymienieniu kilku kurtuazyjnych zdań i gróźb okazało się, że ich losy są i będą połączone. Potwierdzać ma to znajome znamię Kaina, które teraz oboje posiadają już na swoich ciałach znajduje się na jej ciele. A właśnie, wcześniej zapomniałem dodać, że dziecko, czyli Amara, ma wspomniane znamię w tym samym miejscu co dorosła panna Ciemność. Wiwat ludzka potrzeba nazywania wszystkiego.

Pomimo solidnej dawki złośliwości w akapitach powyżej opisana historia wypadła lepiej, niż można by się spodziewać przed emisją. Nie mam nic przeciw łączeniu losów głównych bohaterów z ich wrogami. Urocze, potencjalnie przeklęte dzieci też mi nie przeszkadzają. Akurat tego ostatniego pomysłu nie wykorzystywano w serialu zbyt często. Dodatkowo Ciemność, czy też Amara, ma jeszcze jedną przewagę nad poprzednimi antagonistami. Nikt jej nie zna. Niewielu o niej słyszało, a wszyscy się boją. No dobrze, prawie. Taki Crowley (Mark Sheppard) początkowo myślał, że to mit i bujda.

Skoro już jesteśmy przy Crowleyu, to wypada przyznać, że jego wyczyny po przetrwaniu ataku Castiela (Misha Collins) należały do najlepszych momentów odcinka. Choć powinienem napisać "jej", bo król piekieł zachwycał w kobiecej wersji – w wykonaniu Kristen Robek. Długo czekałem na moment, w którym demony zaczną wspominać o menopauzie. Moje prośby zostały wysłuchane.

Najogólniej do plusów "Out of the Darkness, Into the Fire" zaliczyć należy również dialogi, a szczególnie, co dziwne, rozmowy braci. Wreszcie pozwolono im uzmysłowić sobie, co widzowie serialu myśleli od kilku ładnych lat, czyli jak durne były ich działania w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach. Miejmy nadzieję, że scenarzyści wprowadzą minimalne zmiany w często nieznośnych relacjach Winchesterów.

Nie był to jednak odcinek bez wad. Przede wszystkim pastwienie się nad Castielem stało się swoistą tradycją, a oprócz wyżywania się na nim lub fundowania mu flirtów z władzą, twórcy nie mają dla tej postaci nic do zaoferowania. Ogromną pomyłka wydaje się także zainfekowanie Deana Sama przez potwory tygodnia. Czy dla odmiany nie dałoby się choć raz zadbać, aby żaden z… – stosowny epitet – nie umierał? W ich wypadku zgon jest naprawdę przereklamowaną opcją – ginęli przecież wiele razy. Zresztą gdzie by ich teraz wysłano po kopnięciu w kalendarz? Kto by ich przygarnął, skoro praktycznie wszystko zdemolowali?

Ogólnie jednak była bardzo przyzwoita premiera sezonu. Z pewnością lepsza niż się spodziewałem. Opowiedziano całkiem sensowną historię i pokazano kilka rzeczy wartych zapamiętania. Z drugiej strony, nawet bardziej niż gdziekolwiek indziej, potrzebne jest choćby pół sensownego sezonu, abym mógł uwierzyć, że coś z "Supernatural" jeszcze będzie. Na razie wciąż z ogromną nieufnością przyglądam się przygodom dwóch… – wypada zakończyć, zgadliście, stosownym epitetem.

REKLAMA