"The Last Kingdom" (1x01): Angielska opowieść

"The Last Kingdom" (Fot. BBC America)

"The Last Kingdom" (Fot. BBC America)

Fani dramatów historycznych rozgrywanych w średniowiecznej otoczce wcale nie są ostatnimi czasy tak rozpieszczani, jak mogłoby się wydawać. "The Bastard Executioner" nie nadaje się do oglądania, a na 4. sezon "Wikingów" trzeba jeszcze trochę poczekać. Tym więc, którzy ostatniej deski ratunku upatrywali w "The Last Kingdom", mogę przekazać, by odetchnęli z ulgą - tym razem się udało. Spoilery!

Kosztowna (budżet rzędu 10 milionów funtów) produkcja BBC America jest klasyczną zarówno w formie, jak i w treści opowieścią o władzy, miłości, odwadze i honorze, z silnie zaznaczonym wątkiem poszukiwania własnej tożsamości. Brzmi to mało skomplikowanie, ale to właśnie ta prostota jest póki co najmocniejszym punktem serialu.

Rzecz rozgrywa się pod koniec IX wieku w Anglii, a właściwie na ziemiach, które dziś znamy jako angielskie. Wtedy daleko im było do jedności, a do pojedynczych królestw prawa rościło sobie jednocześnie kilku możnowładców. Dodatkowym problemem rozbitych ziem były najazdy Duńczyków, którzy w przeciwieństwie do miejscowych byli dobrze zorganizowani i niepodzieleni, co sprzyjało szybkiemu podbojowi i stopniowemu zbliżaniu się do tytułowego "ostatniego królestwa" - Wessexu. W czasie jednego z takich ataków porwany został syn władcy Bebbanburga, Uhtred, który od tego czasu wychowywał się wśród swoich oprawców i, jak łatwo się domyślić, mocno się z nimi zżył.

Właściwa akcja rozpoczyna się, gdy Uhtred (Alexander Dreymon) jest już dorosły i dopadają go demony przeszłości, przez które musi wrócić do korzeni i odzyskać co jego. Fabuła poprowadzona jest bardzo lekką ręką - choć postaci tu sporo, a wiele z nich ginie zanim zdążymy się do nich przyzwyczaić, to podążanie za historią nie sprawia żadnych problemów. A dalej nie powinno być gorzej, choć opowieść zatoczy znacznie szersze kręgi - już w drugim odcinku mamy poznać Króla Alfreda z Wessex.

Warto wspomnieć, że całość jest adaptacją bestsellerowej serii "Saxon Stories" (W Polsce znanej jako "Wojny Wikingów, do tej pory wydano cztery z ośmiu tomów) autorstwa Bernarda Cornwella, będącej połączeniem fikcji z faktami historycznymi. Taki mariaż nie zawsze dobrze sprawdza się na ekranie, zwłaszcza gdy twórcy za główny cel obierają sobie jak największe epatowanie przemocą i seksem. Tutaj jednak wszystkie elementy dobrze wyważono, stawiając jednocześnie wyraźnie na pierwszym planie ciekawą historię.

Nie oznacza to, że nie ma na czym zawiesić oka. Fani średniowiecznej batalistyki poczują się tu jak w domu, ale również ci, których razi zbyt wiele krwi na ekranie, nie muszą się obawiać. Kto ma zginąć, ten ginie, ale zabijanie nie stanowi celu samego w sobie, a każda bardziej brutalna scena ma swoje fabularne uzasadnienie. Do tego po prostu robi odpowiednie wrażenie. Taki płonący Wiking sprawił, że przeszły mnie ciarki. Warty odnotowania jest także kompletny brak nagości (nie licząc wyłaniającego się z wody Dreymona, który tylko za tę scenę na pewno dorobił się już wielu fanek). Twórcy wyraźnie dają do zrozumienia, że nie interesuje ich efekciarstwo i chwała im za to.

W "The Last Kingdom" najważniejsza jest fabuła, a ta zapowiada się całkiem nieźle. Główny bohater nie jest może szalenie skomplikowanym charakterem, ale jego rozdarcie pomiędzy anglosaskim pochodzeniem, a duńskim wychowaniem sygnalizuje ciekawe konflikty, które już w pierwszym odcinku zdążyły mocno wybrzmieć. Zwłaszcza że twórcy nie podążają łatwą ścieżką i nie opowiadają się wyraźnie po jednej ze stron. Skupiają się raczej na wiernym oddaniu realiów pozbawionego stabilności okresu, gdy trudno było o wyraźny podział na dobrych i złych. Oby udało się to utrzymać jak najdłużej, bo ta niejednoznaczność dodaje opowieści charakteru. Podobnie będzie na pewno z polityką, która również powinna tu odegrać sporą rolę. Choć wątpię, by osiągnęła poziom skomplikowania "Gry o tron", to spodziewam się tu intrygujących walk nie tylko z mieczem w ręku. A jest jeszcze przecież obowiązkowy wątek miłosny. Atrakcji na te osiem odcinków na pewno nie zabraknie.

Choć "The Last Kingdom" daleko do wielkości, bo jest w gruncie rzeczy bardzo prostą historią, to zwyczajnie wciąga. Losy Uhtreda angażują od samego początku, a on jest na tyle sympatyczną postacią, że trudno mu nie kibicować. Otoczony szeregiem innych barwnych bohaterów (kto rozpoznał wśród nich Rutgera Hauera?) umieszczonych w średniowiecznej Anglii sprawił, że najzwyczajniej w świecie dobrze się bawiłem, mimo, że jakimś wielkim fanem gatunku nie jestem. Dla nich serial BBC America to pozycja absolutnie obowiązkowa, cała reszta nie powinna się rozczarować.

REKLAMA