"Fargo" (2x01): Zło znów jest piękne

"Fargo" (Fot. FX)

"Fargo" (Fot. FX)

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Noah Hawley dokonał niemożliwego, przeskakując poprzeczkę, którą wcześniej sam sobie bardzo wysoko ustawił. Nowe "Fargo" zaczyna się niemal perfekcyjnym odcinkiem, miejmy nadzieję, że zapowiadającym równie udany sezon. Uwaga na duże spoilery i masę zachwytów.

Drugi sezon "Fargo", jak już pewnie wiecie, funkcjonuje jako prequel poprzedniego, cofając się do 1979 roku, by opowiedzieć historię policjanta Lou Solversona (Patrick Wilson), ojca znanej nam Molly, która tutaj jest zaledwie kilkuletnim szkrabem. Na wiele lat przed tym jak sama ubierze policyjny mundur, jej rodzic musi się zmierzyć z krwawymi wydarzeniami, które miały początek w przydrożnym barze Waffle Hut w Luverne w Minnesocie.

"Fargo" ma właściwie same atuty, więc sam nie wiem, od którego najlepiej będzie zacząć. Niektórzy obawiali się, że bez gwiazd poprzedniej serii nie uda się osiągnąć jej poziomu. Hawley jednak sprawił, że o tej grupie fenomenalnie napisanych postaci możemy szybko zapomnieć, bo tym razem dostaliśmy równie fascynującą galerię bohaterów. Znajdziemy tu zarówno takich jednoznacznie dobrych lub złych, jak i szerokie spektrum tych, którzy mieszczą się pomiędzy tymi dwiema kategoriami. Łączy ich to, że każdy bez wyjątku jest bardzo ludzki i prawdziwy. W zalewie seriali wypełnionych papierowymi charakterami, "Fargo" wyróżnia się tym, że nawet epizodyczni bohaterowie mają tu swój indywidualny rys, dzięki któremu łatwo zapadają w pamięć.

Podobnie zresztą jak wydarzenia, w które chcąc, nie chcąc, zostali zamieszani. Hawley ma niezwykłą zdolność zamieniania nawet najbardziej błahych sytuacji w złoto. Każdy dialog, ba, każde wypowiedziane słowo ma tutaj jakieś znaczenie. Nieważne czy jesteśmy świadkami kłótni w przestępczej rodzinie, czy słuchamy ojca czytającego córeczce "Five Little Peppers" na dobranoc, mamy wrażenie jakby przekazywano coś ważnego, nawet jeśli jeszcze nie wiemy co. A najlepsze jest to, że te wszystkie, na pierwszy rzut oka oderwane od siebie elementy idealnie tutaj pasują. Świat "Fargo" wypełnia tłum barwnych postaci i zdarzeń razem tworzących obraz zadziwiający, ale jednocześnie spójny. Taki, w którym nawet widok UFO (?) na nocnym niebie zdaje się być dokładnie na swoim miejscu.

Przy tym wszystkim, serial nadal jest kryminałem z elementami smoliście czarnej komedii. To, co było ogromną siłą filmu Coenów i czego przełożeniem na język telewizji zachwycaliśmy się poprzednim razem, teraz zostało udoskonalone. Znów mamy morderstwo dokonane pod wpływem chwili. Zwykła groźba przemieniła się w krwawą jatkę, której konsekwencje zaczynają się powoli rozlewać na okolicznych mieszkańców, tworząc tym samym stale rozszerzający się krąg mniej lub bardziej przypadkowego zła. Twórcy go tutaj nie gloryfikują, ale nie przeszkadza im to w zachwycającym ukazywaniu przemocy na ekranie. Cała sekwencja masakry w barze jest małym dziełem sztuki, ale zwróćcie uwagę na te drobne, zatrzymane w kadrze detale, jak krew mieszająca się z rozlanym shake'iem czy malowniczo rozbryzgująca się na śniegu. Bezsensowna przemoc aż kipi z ekranu, fundując nam cudowny dyskomfort podziwiania czegoś, co w swojej istocie jest obrzydliwe.

Podobnie nieswojo muszą czuć się tutejsi bohaterowie, nieprzyzwyczajeni do tego, z czym przyszło im się zmierzyć. Rozwiązujący sprawę morderstwa Lou sprawia wrażenie obojętnego na to, co widzi, ale to tylko pozory. Ten bardzo zwyczajny, kochający i od razu sprawiający wrażenie sympatycznego facet to typ człowieka, który lubi mieć wszystko pod kontrolą. Nie przerażają go problemy, o ile da się je rozwikłać, bo tym właśnie się zajmuje, co widać nawet w takich drobiazgach, jak to, że przed pójściem spać zawiązuje i rozwiązuje pętelki na sznurku. Ciekawe, do czego będzie zdolny ten człowiek, gdy zostanie postawiony w sytuacji bez wyjścia, jak choćby w obliczu choroby żony (Cristin Milioti, swoją drogą grająca bardzo podobną postać co Matka w "How I Met Your Mother").

O ile Lou jest odpowiednikiem pary policjantów z pierwszego sezonu, to rolę Lestera powinno przejąć małżeństwo Blomquistów, a zwłaszcza Peggy (świetna Kirsten Dunst), która była chyba najbardziej intrygującą postacią w tym odcinku. Marząca o Hollywood kobieta jest idealnym przeciwieństwem swojego męża Eda (Jesse Plemons), dla którego cel w życiu stanowi przejęcie sklepu mięsnego i dorobienie się gromadki dzieci. Jej reakcja na nagłe pojawienie się w ich życiu Rye'a Gerhardta (Kieran Culkin) była bardzo Coenowska. Jedna, podjęta na szybko decyzja zaważy prawdopodobnie na ich dalszych losach, bo że te się bardzo odmienią, to chyba nie mamy wątpliwości. Przy okazji wyszło po raz kolejny mistrzostwo Hawleya w pisaniu dialogów, gdy rzucane wcześniej od niechcenia "Okay then" w jednej sekundzie zyskało zupełnie nowy wymiar.

A przecież to jeszcze nie wszystko, bo lawina przypadkowych zdarzeń dopiero ruszyła i z każdym kolejnym odcinkiem będzie niewątpliwie zyskiwać na rozmiarze i prędkości. Zasygnalizowana na końcu wojna o wpływy w przestępczym świecie na pewno wywrze ogromny wpływ na naszych bohaterów i jak to powiedział zwolennik spiskowych teorii Karl (Nick Offerman), sprawy tylko nabiorą rozmachu.

Tym, co w największym stopniu odróżnia nowe "Fargo" od starego, jest umieszczenie akcji na przełomie lat 70. i 80. Taki perfekcjonista jak Hawley musiał oczywiście zadbać o każdy najmniejszy szczegół, byśmy jak najdokładniej odczuli atmosferę tamtego okresu w Stanach Zjednoczonych. Począwszy od fragmentów archiwalnego przemówienia Jimmy’ego Cartera, poprzez drobiazgową scenografię, aż po aluzje niekoniecznie dla wszystkich zrozumiałe (słowa, którymi Lou mówił żonie dobranoc, nawiązują do audycji radiowych Waltera Winchella). Znalazło się nawet miejsce dla wspomnienia wojennej historii Johna McCaina. Wszystkie te smaczki są jednak na tyle subtelnie podane, że budują klimat, ale nie ciążą nad nim, bo ciągle najważniejsza jest tu historia.

Jeśli przebrnęliście przez tę tonę zachwytów, to możecie się zastanawiać, czemu napisałem na początku o "niemal perfekcyjnym" odcinku. Po prostu zostawiam sobie margines na kolejne, które zapowiadają się jeszcze lepiej. "Fargo" wróciło w rewelacyjnej formie, znów pokazując, jak w parę chwil zupełnie zwykły dzień staje się dla przypadkowych ludzi najgorszym w życiu. Robi to nadal z taką świeżością i lekkością, jednocześnie śmiesząc i szokując, że trudno się nie ekscytować na myśl o następnym odcinku.

A osobna pochwała należy się cudownemu początkowi, który wyjaśnia tytuł odcinka - "Waiting for Dutch" - i stanowi poważną konkurencję dla "Pozostawionych", jeśli chodzi o odjechane prologi.