Napisy piątkowe #1: Piasek, mydło i powidło

"Once Upon a Time" (Fot. ABC)

"Once Upon a Time" (Fot. ABC)

W pierwszym odcinku "Napisów piątkowych" będzie o zamkach z piasku w "Once Upon a Time". Zawitamy także w odwiedziny do klubu miłośników mydlanych oper – oddziału terenowego w Central City. Na koniec zastanowimy się, jaki mózg powinna zjeść Liv Moore oraz gdzie by tu jeszcze wysłać Ashildr, znaczy Maisie Williams.

Ostatni odcinek "Once Upon a Time" – "Broken Kingdom" – zawierał co najmniej kilka rzeczy, które mogły zdenerwować widzów. Nie oszukujmy się, za mało było w nim Emmy (Jennifer Morrison) w mrocznym wydaniu, a Regina (Lana Parrilla) stanowiła ledwie tło wydarzeń. Irytującego dzieciaka (Jared Gilmore) i jego życie miłosne twórcy również mogliby sobie darować. Nie rozumiem, dlaczego nie dałoby się go wysłać na jakiś quest, wycieczkę albo obóz młodzieżowy dla przyszłych lub niedoszłych władców. Nawet zwyczajne zamknięcie w wieży by wystarczyło, a przecież tych w Camelot nie brakuje, nie?

Pomimo wszelkich problemów z tym odcinkiem podobała mi się historia powstania zupełnie nieprawdopodobnego królestwa Artura (Liam Garrigan). Była w tym zdrowa dawka ludzkich ambicji, dumy i obsesji. Sam magiczny piasek wydawał się raczej przydatny. Wspomnienie o Merlinie jako fałszywym proroku – również ciekawe. Przede wszystkim jednak dobrym pomysłem było to, że całe to przesadzone miejsce tak zwyczajnie powstało ze wspomnianego piasku. Zbudowane z ludzkich marzeń i podlane odrobiną arogancji nie przypominało niczego, czego można by się spodziewać. Jak ulał pasuje do obecnego sezonu.

I jeszcze jedna dobra wiadomość: nie trzeba się zbytnio nagimnastykować, aby obronić twierdzenie, że to Rumpelstiltskin (Robert Carlyle) odpowiedzialny jest za powstanie Camelotu, jaki znamy. Wiwat Rumpel!

Jak na razie 2. sezon "The Flash" nie zawodzi. "Family of Rogues" również było bardzo udanym odcinkiem, mimo że już teraz oczekiwania wobec każdych odwiedzin Leonarda Snarta (Wentwortha Miller) są raczej ogromne. Tym razem udało się je spełnić, a sama historia wyszła na tyle dobrze, że nawet pomysł z bombami wewnątrz głów nie wydawał się aż tak znowu głupi.

Jedna tylko rzecz nie daje mi spokoju. Dlaczego w tym odcinku postanowiono duet Westów przeczołgać przez tak niefortunną i przesadzoną opowieść rodem z mydlanych oper pt. "Nie powiedziałem ci, że twoja matka żyje". To przecież coś bliższego typowym zabawom innej z komiksowych rodzin zamieszkujących antenę The CW, czyli Lance'ów. Oczywiście są różnice. Laurel (Katie Cassidy) czy Quentin (Paul Blackthorne) po tego typu rozmowie przestaliby się do siebie odzywać, a następnie znowu sięgnęliby po kieliszki. Z kolei Sara (Caity Lotz) zwyczajnie zabiłaby kilka osób. W "The Flash" tymczasem wszystko szybko zostało wybaczone. Życie jest takie proste w Central City.

Zostańmy jeszcze przez moment przy komiksowych serialach robionych na potrzeby The CW i po prostu doceńmy 2. sezon "iZombie". Od początku sezonu każda ze zmian osobowości Liv Moore (Rose McIver) jest fantastyczna. Dodatkowo w ostatnim odcinku widać było, jak bardzo wpływa to na przebieg tak typowych scen z telewizyjnych śledztw, jak przesłuchania – ach te rozmowy o ciuchach! Zaskoczyło mnie również, że nie przeszkadzał mi brak Blaine'a (David Anders), a przecież im więcej go na ekranie tym lepiej.

Po zobaczeniu "Real Dead Housewife of Seattle" wpadło mi do głowy pytanie. Co znalazłoby się w wymarzonym menu Liv? Czy odważyłaby się skosztować mózgu polityka przed wyborami? Czy trzymałaby się jedynie sprawdzonych przepisów i np. miłośników oraz miłośniczek sportów ekstremalnych? Pomysły? Propozycje?

W czasie kolejnego spotkania z "Doktorem Who" – zatytułowanego "The Girl Who Died" – pojawiła się bohaterska dziewczyna, która na koniec stała się nieśmiertelna. Przynajmniej na razie nie wiemy, by była kimś znanym Doktorowi wcześniej (lub później – punkt widzenia itp.). Ową dziewczynę, zwącą się Ashildr, wcielała się Maisie Williams i dobrze było zobaczyć, że wypada tak dobrze w odcinku, w którym grana przez nią postać jest wyjątkowa, dlatego że jest wyjątkowa, a nie np. z powodu imienia, obecności w klasycznych seriach itp.

Jednak Ashildr została napisana w taki sposób, że praktycznie dałoby się ją umieścić w dowolnym świecie. Byłby z niej przyzwoity Sith w "Gwiezdnych Wojnach". Wystarczyłby mieczyk w dłoń i mogłaby polować na głowy innych nieśmiertelnych w "Nieśmiertelnym". Nawet ograniczając się jedynie do akapitów powyżej, w mgnieniu oka zamienić by się ją dało w sensownego przeciwnika dla kogokolwiek w rajtuzach i kapturkach lub w porządną konkurencję dla owych herosów w kolorowych kubraczkach. Pewnie zburzyłaby i sam Camelot. Dziwna postać.

To tyle na dzisiaj. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu!