Napisy piątkowe #3: Ulotna radość, małe katastrofy

"Agents of S.H.I.E.L.D." (Fot. ABC)

"Agents of S.H.I.E.L.D." (Fot. ABC)

W 3. odcinku "Napisów piątkowych" dużo będzie skakania ze szczęścia, bo Melinda May i Bobbi Morse skopały tyłki paru zbirom. Docenione zostanie także, że znalazła się osoba chętna do ochrzanienia Olivera Queena. Kilka zdań padnie też o "Elementary" oraz Morlandzie, a zanim skończy się czas, na pochwały załapie się "You're the Worst". Spoilery.

W "Agents of S.H.I.E.L.D." doszło do wielkiego i dość oczywistego ujawnienia tożsamości Lasha. Zobaczyliśmy także całkiem ładnie zrobioną transformację, której pozazdrościłoby mu wielu spośród telewizyjnych potworów czy wilkołaków. Choć samej informacji można się było spodziewać, to odcinek okazał się udany. Trzymał w napięciu, a przyjemnym dodatkiem było to, że psychopatyczny dzieciak przedwcześnie wysłany na misję załapał się na porządne tortury.

Jest jednak jedna rzecz, która naprawdę ucieszyła w "Among Us Hide…". Agentki May (Ming-Na Wen) i Morse (Adrianne Palicki) razem w terenie. Jasne, Bobbi w laboratoryjnym fartuchu była miłym urozmaiceniem, które pozwoliło pozostałym agentom na nieco więcej ruchu. Jednak zbyt wielką frajdę sprawia obserwowanie jej, gdy demoluje jakiegoś zbira, aby owo urzędowanie w bazie mogło trwać bez końca. Oczywiście wyjście z relatywnie bezpiecznego miejsca nie odbyło się bez specjalnej motywacji, a uroczy sparing z May stanowił ledwie zapowiedź wszystkich świetnych momentów, jakich obie te postacie dostarczyły w kolejnych minutach.

Z kolei w "Arrow" niespodziewanie zdarzyło się coś bardzo ważnego. Nie mówię tutaj o znalezieniu zaginionej duszy, czy pewnym gościnnym występie – to za moment – ale o tym, że Oliver (Stephen Amell) wreszcie dostał burę za swoje podejście do życia, wszechświata… a przede wszystkim za ciągłe napominanie, marudzenie i krzywienie się. Należało mu się od ładnych kilku miesięcy, choć nie spodziewałem się, że osobą, która odważy się wreszcie spacyfikować naszego męczącego protagonistę, będzie Laurel (Katie Cassidy). I potrzebne było to bardzo – niezbędne wręcz do przetrwania. Inaczej Queen prędzej czy później wykończyłby swoim jęczeniem tak pozostałych bohaterów, jak i samych widzów.

Dla jakości odcinka bardzo ważna była z kolei obecność Johna Constantine'a (Matt Ryan), który przez kilkadziesiąt minut na antenie The CW wyglądał bardziej u siebie niż przez kilkanaście tygodni w NBC. Serio, jego obecność w retrospekcjach na wyspie wypadła wystarczająco sensownie, aby odwrócić uwagę od kilku wpadek. Zresztą John mógłby jeszcze wpaść do naszych komiksowych miast, skoro świętujemy rok zapoznawania wszystkich z magią. Już idealnie by było, gdyby tak pozwolić mu dołączyć do radosnej zbieraniny z "Legends of Tomorrow", na której przygody i tak musimy jeszcze trochę poczekać.

Wreszcie powróciło za to "Elementary", a Joan (Lucy Liu) i Sherlock (Jonny Lee Miller) próbowali normalnie żyć pomimo wydarzeń znanych nam z finału poprzedniej serii. Rozwiązywali więc całkiem ciekawą zagadkę i czekali na informację z prokuratury dotyczącą ewentualnego postawienia zarzutów w sprawie pobicia Oscara. Były też groźby, wycieczki po więzieniach i pożegnanie z nowojorską policją. Na koniec wreszcie pojawił się Morland Holmes (John Noble), a po kilku zdaniach trudno było dojść, czy Sherlock rozmawia ze swoim ojcem, czy też znowu Walternate wykombinował coś, o czym nie powinien nawet myśleć. Ach, "Fringe" – dobre czasy.

Na koniec trudno nie wspomnieć o "You're the Worst", w którym ponownie zaproponowano nam coś niesamowicie dobrego. Obserwowanie sąsiadów i tego, jak mocne wrażenie ich życie początkowo zrobiło na Gretchen (Aya Cash), było z jednej strony czymś nowym, a z drugiej po prostu świetnie zrealizowanym pomysłem. Na pewien moment bohaterka zatopiła się w nie swoim życiu, szukając czegoś, czego sama nie miała – pożyczyła nawet dziecko i porwała psa. Podziwiać ją też należy za umiejętność selektywnego wygłuszania monologów Jimmy'ego (Chris Geere).

To Gretchen i sąsiedzi spowodowali, że "LCD Soundsystem" było zupełnie innym odcinkiem od poprzednich i równie dobrym, jeśli nie lepszym niż one. Dodatkowo w 20 minut udało się kompletnie zniszczyć złudzenia oraz marzenia bohaterki, i to te, których akurat w tym momencie chyba bardzo potrzebowała. Pewnie poza Gretchen wszyscy zdawali sobie sprawę, że tak będzie, jednak nie zmienia to faktu, iż ostatnie sceny okazały się strasznie smutne.

Na marginesie, w ostatniej scenie słychać This Is the Kit i "Misunderstanding".

Do zobaczenia!