10 powodów, dla których warto oglądać "iZombie"

"iZombie" (Fot. The CW)

"iZombie" (Fot. The CW)

"iZombie" - lekki procedural kryminalny, którego główna bohaterka rozwiązuje sprawy dzięki zjadanym mózgom ofiar morderstw - od pierwszych minut okazało się serialem wartym cennego czasu. Obecnie 2. sezon produkcji tylko to potwierdza. Jeżeli więc macie wątpliwości, czy warto go oglądać, pozwólcie, że podrzucę wam kilka powodów, które ułatwią podjęcie decyzji.

1. Zombie dla tych, którzy nie przepadają za zombie

Umówmy się, ekscytowanie się tłumem demolujących ogródki nieumarłych nie jest dla wszystkich. Niektórym chmara kiepsko rozciągniętych ruchomych zwłok może po prostu nie pasować – zresztą ani to gleby nie użyźni, ani chwastów nie wypieli, a tylko by mózgi żarło. W "iZombie" na szczęście do tego tematu podchodzi się w nieco inny sposób. Zombie tutaj chcą "żyć". Pragną dalej mieć rodziny, chodzić do pracy i jakoś sobie radzić z codzienną egzystencją. Jasne, pozostaje kwestia żywienia się mózgami, niemniej mnóstwo uwagi poświęcone zostaje temu, jak nikogo nie zarazić – no dobrze, zazwyczaj. Są wyjątki wynikające tak z przypadku, jak i z celowego działania.

2. Liv Moore, czyli świetna Rose McIver

Liv Moore – zombie na miarę naszych czasów i bohaterka, której serialowe przygody bardzo szybko mogłyby się stać niezdatne do oglądania. Postać, która dzięki zjadaniu mózgów zamordowanych osób w każdym odcinku bywa kimś innym i która po kilku potknięciach zamieniłaby się w nieumarły zbiór nieinteresujących cech charakteru. W "iZombie" chce się jednak jak najwięcej Liv – w każdym wydaniu.

Ogromna w tym zasługa Rose McIver. Za każdym razem ma do zagrania coś innego i każdy, nawet najdziwniejszy pomysł naprawdę dobrze wypada. Może w przekonujący sposób wdać się sportową kłótnię, narzekać jak przystało na zirytowanego emeryta w krakowskim tramwaju lub nawijać w stylu amerykańskich studentów – wszystkie przykłady pochodzą z obecnego sezonu. Bardzo szybko zaczyna się oglądać serial The CW właśnie po to, aby zobaczyć, jak dobrze McIver wywiąże się z kolejnego zadania.

3. Major i bohaterowie drugoplanowi

W normalnej sytuacji powinniśmy narzekać na to, że w większości historie bohaterów drugoplanowych nie otrzymują dostatecznej ilości czasu, aby postacie te były czymś więcej niż zestawem niezbędnych mebli. Do pewnego poziomu jest to nawet zrozumiałe – odcinki mają po 40 minut i nie na wszystko jest czas. Zresztą nawet w "iZombie" taki Clive (Malcolm Goodwin) dopiero ostatnio zaczął przypominać o swoim istnieniu.

Jednak bardzo szybko dano nam powody, aby uważnie przyglądać się większości z bohaterów drugoplanowych w produkcji The CW. W pierwszej kolejności wymienić należy Majora (Robert Buckley). Jeżeli na początku 1. sezonu wyrobicie sobie o nim zdanie, to kolejne odcinki po prostu was zaskoczą. Pomimo ograniczeń czasowych opowieść o nim stała się niesamowicie wręcz interesująca. Pełno w niej zwrotów, upadków, pomyłek i bohaterskich wyczynów. Po drugie ważnym elementem układanki okazuje się Ravi (Rahul Kohli). Poszukiwanie lekarstwa na "przypadłość" Liv pozwala mu być czymś więcej niż tylko pomocnikiem, dodatkiem, elementem wystroju lokalu i szefem.

4. Blaine i antagoniści nasi przecudowni

Blaine (David Anders) jest praktycznie najlepszą częścią każdego odcinka, w którym jest obecny. Jego knowania w 1. serii szokują, a w drugiej w zasadzie trudno dojść, co tak do końca kombinuje. Jest zdolny do wszystkiego, a owo wszystko zazwyczaj obserwuje się z zaciekawieniem. Równocześnie nie jest on jedyną wartą uwagi postacią z podejrzanymi motywami. Ostatnie tygodnie udowodniły, że Vaughn Du Clark (Steven Weber) może być czymś więcej niż wypucowaną, podstarzałą korpomordką straszącą białym uśmiechem. Co więcej, prowadzony przez niego Max Ranger już dawno przeistoczył się w korporację rodem z sennych koszmarów.

5. Mózgi i tabasco

Studenci, emeryci, socjopaci, miłośniczki sportów ekstremalnych, nadużywający alkoholu dziennikarze – każdy mózg jest inny. Może być też przyrządzony na wiele różnych sposobów – byleby finalny efekt okazał się odpowiednio ostry. Cała zabawa z mózgami pozwala nam zobaczyć jedną bardzo ciekawą rzecz – jak osoby o cechach naszych denatów tygodnia funkcjonują w teraźniejszości. Nie w retrospekcjach, relacjach i opowieściach, ale w danej chwili. Oczywiście, dodatkowym plusem jest to, że upodobania zmarłych co najmniej kilkukrotnie komplikowały życie tym, którzy zjadali ich mózgi.

6. Rozrywkowa proceduralność

Tak jak zombie, seriale proceduralne nie kojarzą się najlepiej. Bywają okropne, wloką się w nieskończoność i ciężko je ubić – tak, przy okazji sparafrazowałem Deana Winchestera. W "iZombie" nie tylko serwuje się (przepraszam!) dobre zagadki, ale również dba o to, aby każde przesłuchanie było inne, a reakcje Liv ciągle zaskakiwały otoczenie. Na marginesie, przez długi czas jedynym powodem, dla którego w danej scenie niezbędny był detektyw Clive Babineaux, była jego reakcje i mimika. Niektóre jego miny zwyczajnie nadają się do oprawienia w ramkę i powieszenia na ścianie.

7. Tempo akcji i jej miejsce

Bardzo łatwo twórcom serialu - a warto zaznaczyć, że znajduje się wśród nich Rob Thomas, autor kultowej "Weroniki Mars", do której "iZombie" bywa momentami nieco podobne - przychodzi płynne przechodzenie między odcinkami ze sprawą tygodnia a totalną demolką, w trakcie której praktycznie wszystko może się zdarzyć. Obie wersje godzinnej przygody Liv Moore naprawdę dobrze im wychodzą i warte są waszego czasu.

Jest to również serial umiejscowiony w Seattle. W mieście, do którego aż tak znowu często w telewizji nie wpadamy i które kojarzy się nam raczej deszczowo. Dodatkowo zwiedzamy domy pogrzebowe, masarnie, szpitale psychiatryczne i przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją napojów energetycznych, czyli nie tylko nudne kostnice i komisariaty. Choć z drugiej strony u takiego Raviego to pewnie każdy chciałby pracować lub przebywać jak najczęściej – byle nie na stole.

8. Majstrowanie przy komiksach

"iZombie" jest serialem, który powstał na podstawie komiksu. Nie jest jednak adaptacją w stylu innych komiksowych wynalazków The CW – raczej swobodnie korzysta z zasobów komiksowego pierwowzoru. Przy okazji mocno też sprowadza wszystko na ziemię. Nie ma więc w telewizyjnej wersji duchów, łowców wampirów i byłych mumii, a główna bohaterka nazywa się inaczej i zajmuje się czymś innym. Niemniej dzięki temu, że serial jest po prostu dobry, osiągnięto dwie rzeczy. Miłośnicy i miłośniczki komiksu są w stanie wybaczyć wszelkie odstępstwa od kanonu, a pozostała część populacji nie musi się czuć zagubiona za każdym razem, gdy na ekranie pojawia się ktoś, kogo nie kojarzą.

9. Intryga, humor, horror, dramat i historie miłosne, czyli sprawnie zrobiony miks

Bardzo szybko udało się zmieszać w sensownych proporcjach wspomniane elementy, a trudna to sztuka. Bywa śmiesznie, absurdalnie, ale kiedy dzieją się rzeczy straszne, to nie ma szans na ratunek w ostatniej chwili. Umówmy się, na marginesie bardzo pogodnych odcinków odbywało się mordowanie nieletnich w stylu, który zawstydzałby mordercę z "The Killing". Miasto się zgadza. Jednocześnie do całej sytuacji udało się podejść z należytą uwagą, za co należą się pochwały.

10. To czysta rozrywka…

…która nie zajmuje aż tak dużo czasu. Dlaczego więc nie spróbować?