"Master of None" (1x01-05): Komik vs życie

"Master of None" (Fot. Netflix)

"Master of None" (Fot. Netflix)

Aziz Ansari, czyli niezapomniany Tom z "Parks and Recreation", właśnie zadebiutował ze swoim nowym serialem w Netfliksie i śpieszę donieść, że "Master of None" jest dokładnie taki, na jakiego wyglądał w zwiastunie. Lekki, zabawny i niegłupi, a do tego bardzo wciągający. Niewielkie spoilery.

Wszystko zaczyna się jednak dość przewidywalnie. Pierwszy odcinek ("Plan B") to stojąca na niezłym poziomie komedia o trzydziestolatku zderzającym się z dorosłym życiem, które okazuje się zupełnie inne, niż to sobie wyobrażał. Jest całkiem sympatycznie, począwszy od dyskusji na temat tego, do czego może doprowadzić pęknięta w niewłaściwym momencie prezerwatywa, a skończywszy na dwóch totalnie odmiennych wizjach rodzicielstwa. Ot, komedia z Ansarim, który przez pół godziny wygłasza sporo zabawnych, a równocześnie mało odkrywczych kwestii na temat związków i rodzin. W sumie nic, czego byśmy się nie spodziewali.

Prawdziwa zabawa zaczyna się potem, bo kolejne odcinki coraz mocniej odchodzą od prostego schematu. Ansari i Alan Yang (jeden ze scenarzystów "Parków") swobodnie żonglują komediowymi motywami, mieszając je z całkiem poważnymi refleksjami na przeróżne tematy. Poczynając od pochodzenia, poprzez wierność małżeńską, aż po rasowe stereotypy w telewizji. Przy tym wszystkim ani na chwilę nie odrywają się od rzeczywistości, każąc nam wysłuchiwać jakichś nadętych przemów. Wszystko potrafią spuentować świetnie napisanym skeczem, sprytnie zostawiając nas z jakąś głębszą myślą skrytą pod powierzchnią inteligentnego dowcipu.

Największa zaleta nowej produkcji Netfliksa to właśnie fakt, że nie oddziela od siebie tych dwóch rzeczy i potrafi dać do myślenia, jednocześnie świetnie bawiąc. "Master of None" nie unika trudnych tematów, a nawet specjalnie wyciąga je na wierzch, tylko po to, by przebić je ostrzem diabelnie celnej satyry. Bardzo przypomina w tym filmy Woody'ego Allena z lat 70. - miłośnicy "Annie Hall" czy "Manhattanu" poczują się tu jak w domu, niekoniecznie z powodu umieszczenia akcji w Nowym Jorku.

Oznacza to również odważne eksperymentowanie w ramach samej struktury serialu. Parokrotnie mamy okazję podziwiać sprawność realizacyjną twórców, ale co istotne, nic nie stanowi tu sztuki dla sztuki. Wszystkie sztuczki (zwróćcie uwagę na kapitalnie zmontowane historie imigrantów z drugiego odcinka) służą wyższemu celowi, mianowicie dotarciu do sedna opowiadanej historii i przedstawieniu nam jej w jak najbardziej czytelny sposób. Również po to, byśmy mogli sami dojść do właściwych wniosków. Niewiele sitcomów może się pochwalić takimi umiejętnościami.Trudno jednak, by było inaczej, gdy za całość odpowiada Aziz Ansari. Jeśli kojarzycie go tylko z roli Toma Haverforda, to polecam zapoznać się z jego występami stand-upowymi, bo w postaci Deva z "Master of None" jest znacznie więcej prawdziwego Ansariego. Syn indyjskich imigrantów zarabiający na życie jako aktor w Nowym Jorku to jeden z tych bohaterów, których lubi się od razu, choć trudno wyjaśnić dlaczego. Może jest coś na rzeczy w tym, że grający głównie w reklamówkach Dev stanowi swoistą reprezentację swojego pokolenia. Trzydziestolatków starających się odnaleźć swoje miejsce w pędzącym świecie, a jednocześnie nie przegapić niczego z miliona atrakcji, jakie on oferuje. Dev to chodzące niezdecydowanie, co daje się wyczuć już od pierwszego odcinka, gdy zmaga się z kwestią ojcostwa, ale co wybrzmiewa również w znacznie mniej poważnych kwestiach. Jak choćby takiej, którą dziewczynę zabrać na koncert.

Z wielu możliwości, jakie daje mu życie, Dev nie potrafi wybrać jednej, co często kończy się biernością i zezwoleniem na to, by ktoś lub coś podjęło decyzję za niego. Co zadziwiające, taka postawa nie czyni go jednak ani trochę mniej sympatycznym facetem. Wręcz przeciwnie - im bardziej gubi się w opcjach, tym łatwiej go polubić, bo dzięki temu staje się po prostu ludzki. Popełnia błędy, podejmuje fatalne decyzje, które czasem wydają się mocno samolubne, ale zawsze potrafi z nich wyciągnąć wnioski. Dev najzwyczajniej w świecie uczy się życia, a w nauce chodzi przecież również o eliminację wad, czyż nie?

A tych jest pełen nie tylko nasz bohater, ale także jego otoczenie. Krąg przyjaciół Deva to egocentrycy i ludzie nie mniej pogubieni od niego, więc oczywiście trudno ich nie polubić. Arnold (Eric Wareheim), Brian (Kelvin Yu) i Denise (Lena Waithe) to fatalni doradcy, a że Dev czyichś rad słuchać musi, to zazwyczaj wychodzi na tym kiepsko. Inna sprawa, że świat dookoła jest tak zwariowany, że jego wpadki to ledwie kropla w oceanie. Ansari i Yang jasno deklarują swój stosunek do rzeczywistości.

Za mną dopiero połowa sezonu, a już mocno dostało się tu m. in. przemysłowi filmowemu i telewizyjnemu - twórcy nikogo nie obrażają, ale wytykanie palcami wychodzi im już całkiem nieźle. Pocieszające jest jednak to, że pomimo tych wszystkich wad, zawsze znajdzie się miejsce na jakieś pozytywy, nawet dla samego Deva, który szybko dojdzie do wniosku, że powszechna akceptacja chamstwa wcale nie należy do największych zalet współczesności.

"Master of None" dokonuje więc małej wielkiej rzeczy. Łączy autentycznie śmieszną komedię z inteligentnym komentarzem wobec codzienności. Potrafi też być przy tym ciepły, a nawet podnieść na duchu. Jest opowieścią o pokoleniu, które ma ten luksus, że może sobie pozwolić na zabawę, ale przedstawiając je, unika pułapki popadnięcia w tandetę czy utopienia się w żałosnych dowcipach. Zamiast nich woli postawić na rodzinną historię (dosłownie, rodziców Deva zagrali prawdziwi rodzice Aziza Ansariego i byli rewelacyjni) i przyjaźń, na którą, wydawałoby się, nie ma miejsca w tych szalonych czasach. Co jeszcze wymyślą w tym Netfliksie?