"Agent X" (1x01-02): Bezbarwny szpieg z piwnicy

"Agent X" (Fot. TNT)

"Agent X" (Fot. TNT)

Różne rzeczy polityk może trzymać w tajnych pomieszczeniach: wina, teczki, ego, pozostałości po przeciwnikach. W "Agent X" wewnątrz ukrytej piwnicy nie tylko znalazło się miejsce dla najprawdziwszej konstytucji, ale też w szafie schowano kieszonkowego tajnego agenta z równie miniaturową osobowością.

Masoni, ojcowie założyciele, tajni agenci, morderczynie na gigancie (na kacu czasem też), nieznane ustępy w oryginale Konstytucji Stanów Zjednoczonych i przestępcy traktujący świat jak swoją osobistą piaskownicę – cóż mogłoby pójść nie tak? Wszystko - i w tej kwestii nawet nie próbujmy się oszukiwać. Powrót Sharon Stone do telewizji po kilku latach przerwy mógłby wypaść gorzej tylko wtedy, gdyby nazywał się "Minority Report" lub "Dr. Ken". Z drugiej strony nie wiem – momentami jest być zbyt blisko, aby wybrać tę najgorszą opcję.

"Agent X" to bardzo słaba produkcja, która podobno miała wypełniać jakąś lukę, a widzom spragnionym telewizyjnego knucia dostarczyć szpiegów i spisków. W rzeczywistości nie oferuje się tutaj niczego, co byłoby warte czyjegokolwiek czasu. Na samym początku pierwszego z wyemitowanych dotychczas dwóch odcinków poznajemy tytułowego Agenta X, Johna Case'a (Jeff Hephner), a później towarzyszymy wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Natalie Maccabee (Sharon Stone) w czasie i niedługo po złożeniu przysięgi. Dowiadujemy się o nieznanych obowiązkach i kompetencjach, których początki sięgają XVIII wieku i Nathana Hale'a oraz o piwnicy bez wina, ale za to z obrazami, artefaktami, tajną bazą itp.

Niestety od tego momentu wszystko, co następuje, wynudzi nawet zaprawionych w bojach fanatyków gatunku. Wrogowie robić będą złe rzeczy, a bohaterowie bratać się ze swoimi przeciwnikami. Rywalizacja między agencjami okaże się zabawna, a z więzień łatwiej będzie się wydostać niż z marketu w godzinach szczytu. Trupów nie zabraknie; strzelania, torturowania i pojedynkowania się też nie – co to byłby za serial ze szpiegami w rolach głównych bez długiej listy ofiar. Ach właśnie, dodać należy, że w drugim odcinku – "The Enemy of My Enemy" – po prostu musiały zaginąć pociski nuklearne. Kogo obchodziłoby kilka zwykłych rakiet, nie?

Jasne, w tym momencie można pomyśleć, że złośliwości są na wyrost, a tego typu zlepek wydarzeń i postaci pojawiał się wielokrotnie – czasem nawet bywa chwalony. Jest w tym trochę racji, jednak największym problemem "Agent X" nie jest to, jak idiotyczna wydaje się cała ta historia, ale w jak niedopracowany i niechlujny sposób próbuje się ją opowiedzieć. Produkcja stacji TNT jest jak śniąca o "24 godzinach" mieszanka "The Player", "Intelligence" i elementów "Zero Hour", którą zaprawiono dowcipami, jakich niekiedy pozazdrościłby sam Strasburger.

Niestety, zarówno tytułowy najtajniejszy z tajnych szpiegów, jak i grana przez Stone Natalie Maccabee są wystarczająco nieciekawi, aby pogrzebać ten serial. Ich otoczenie również nie zachwyca, a niejaki Malcolm Millar (Gerald McRaney) zdołał już pełnić praktycznie wszystkie funkcje, jakie przypadają postaciom drugoplanowym. Uczestniczył w tajnych misjach, czatował przed budynkiem, wyszukiwał niezbędne informacje, a nawet przynosił okulary. Problem zresztą bardziej tkwi w scenariuszu niż w samej obsadzie, bo gdy w jednej ze scen mogliśmy spędzić trochę czasu z Jamesem Earlem Jonesem, to trudno było powiedzieć, czy przypadkiem zaraz nie wybuchnie śmiechem i nie stwierdzi czegoś w stylu: "Mam cię, jesteś w ukrytej kamerze".

Równocześnie jedyne momenty zapewniające widzowi odrobinę rozrywki to te, w których Olga Petrovka (Olga Fonda) z kimś się droczy lub kogoś bije. Owszem, jej relacje ze światem i innymi bohaterami są strasznie przewidywalne i nawet grożące niebezpieczeństwo tego nie zmienia, jednak na tle pozostałych potencjalnie morderczych postaci przynajmniej ma osobowość, czego brakuje także, tym razem rosyjskiemu, pakietowi pierwszorzędnych szumowin.

Co więcej ogólna przewidywalność tego serialu bardzo szybko was zaskoczy. Oczywiście pojawiają się zwroty akcji, jednak wszystko to nie wychodzi poza znane schematy i do znudzenia zwiedzane miejsca, szpitale, więzienia, siedziby, lasy i bazy. Nawet naczelny zbir regularne ucieczki zalicza tylko helikopterem, bo widać jego ego jest zbyt duże, by mogło zmieścić się na drodze. Pojawiają się też zwykłe niedoróbki, a niektórym scenom przydałby się życiodajny zastrzyk gotówki.

Ostatecznie, nawet w idealnych warunkach wielu szamanów musiałoby zaginać czasoprzestrzeń, aby "Agent X" dało się uznać za udany serial. Niestety ani owych warunków, ani szamanów czarujących nad ekranami nigdzie nie znaleziono, więc pozostaje dopisać produkcję stacji TNT do grona największych jesiennych porażek ostatnich tygodni.