Pazurkiem po ekranie #99: Chaos rządzi światem

"Fargo" (Fot. FX)

"Fargo" (Fot. FX)

W tym tygodniu do "Fargo" zajrzał Ronald Reagan (i nie zakrzyknął: "Groovy!"), a w "Żonie idealnej" Florrickowie udawali Baracka i Michelle. W "The Knick" pewna pani okazała się mieć wielkie ambicje, w "Pozostawionych" zobaczyliśmy emocjonalne starcie, zaś "The Affair" znów zapomniało o istnieniu antykoncepcji. Uwaga na spoilery!

Zaczniemy od tego ostatniego, bo to irytujące. Człowiek ogląda dramat psychologiczny, zachwyca się tym, z jaką pieczołowitością ułożono scenariusz i jak trafnie przedstawiono wewnętrzne dylematy bohaterów, aż tu pada jedno "Jestem w ciąży" i momentalnie pojawia się niesmak. Zwłaszcza że to nie jest pierwsza ciąża, a rok mamy 2015 i aby być w ciąży, trzeba najpierw tego chcieć. Przypadki po ludziach chodzą bardzo rzadko, zaś po serialach wyjątkowo często. Tylko że to raczej domena produkcji inspirujących się operami mydlanymi niż seriali, które pozują na coś ambitniejszego.

Niby wszystko ma sens - Noah i Alison parę lat tym, co się wydarzyło w Montauk, wciąż są razem, bo przytrafiło im się dziecko (nie wiadomo zresztą czy jego, równie dobrze to może być córka Cole'a, z którym też Alison się przespała), a nie dlatego, że ich romans zakończył się wielkim happy endem. Coraz bardziej oczywiste staje się, że miesiąc miodowy się skończył i ona już zaczęła się zastanawiać, na ile to, co się wydarzyło, było prawdziwe. Z drugiej jednak strony, bardzo chciała mieć dziecko, więc to właśnie z jego powodu pójdzie na kompromis, mimo rozczarowania tym związkiem i zachowaniem Noaha. Proste? Tak. Zbyt proste. I zbyt bliskie temu, co można zobaczyć w produkcjach Shondalandu.

W ogóle w najnowszym odcinku "The Affair" część Noaha wypadła dość średnio, bo nie dość że on wyrasta na coraz większego palanta, to jeszcze pełno było hipisowskiej matki Alison, która jest postacią i strasznie nieprzekonującą, i irytującą. Wymiatała jak zwykle Helen, która wreszcie postawiła się swojej matce, zatruwającej jej życie, odkąd tylko Noah się wyprowadził. Maura Tierney, niezależnie od tego, czy krzyczy, czy płacze, czy patrzy w przestrzeń, wypada w tym sezonie wyśmienicie. A jej scena uścisku z Whitney była po prostu przepiękna w swojej prostocie. Więcej Helen poproszę, mniej reiki i obozów dla nagusów.

affait46

Skoro przy genialnych aktorkach jesteśmy...

...cóż za wyśmienity pojedynek trafił się w tym tygodniu w "Pozostawionych"! Christopher Eccleston tym razem pozostał w tle, prym wiodły Carrie Coon i Regina King. Emocji nie brakowało, a twarze obu pań w ciemnościach były jednym z lepszych widoków tygodnia. Ich przerażenie stało się niemal namacalne, podobnie zresztą jak ich siła.

Warto też docenić "Pozostawionych" za to, że dają nam jakieś odpowiedzi. Na razie takie malutkie - dowiedzieliśmy się na przykład, dlaczego Erica zakopuje uparcie ptaszki - ale dobre i to. Ciekawa jest też myśl, by kazać naukowcom zajmować się badaniem teorii takich, jak ta, że mogą istnieć ludzie, którzy potrafią doprowadzić do zniknięć innych. I że taką właśnie osobą może być Nora.

5PWuUwt

Dawno nie pisaliśmy nic o "The Knick"...

...bo choć serial trzyma wysoki poziom, uparcie nie chce nam przynieść ani jednego odcinka tak mocnego, abyśmy zgodnie zakrzyknęli, że ha, mamy hit tygodnia! Brakuje ciągle jakiegoś "bum!", ale co tydzień pojawia się coś, co mnie zachwyca. O, choćby taniec Edwardsa z żoną w jednym z klubów w Harlemie - co za klimat! Albo eksperyment Thacka na swojej dawnej ukochanej. Albo siostrzyczka Lucy, która za chwilę pewnie pokaże, co potrafi. Albo sposób, w jaki Cleary uratował Harriet.

Dokładnie tak jak w zeszłym sezonie serial zachwyca przede wszystkim znakomitą realizacją i realistycznym przedstawianiem kolejnych etapów rozwoju chirurgii. Tylko w "The Knick" stateczny lekarz z brodą w jednej chwili może flirtować z pielęgniarką, w drugiej płonąć jak pochodnia. Takie zdarzenia są rzeczywiście ekscytujące i za każdym razem tak samo zaskakujące, przynajmniej dla mnie. Niby jesteśmy przyzwyczajeni, że w sali operacyjnej szpitala Knickerbocker może zdarzyć się dosłownie, a jednak co chwila twórcy serialu znajdują sposób, żeby nas zadziwić.

4567-knick4

Drugi serial, który co tydzień zachwyca realizacją...

...to "Fargo". W tym tygodniu znów przekonaliśmy się, że przepięknie może się prezentować i krwawa jatka w krzakach, i zwykły autobus kampanijny pędzący przez śnieg może, i pożar sklepu mięsnego.

Bruce Campbell jako Ronald Reagan miał z pewnością niezłe wejście. Pełne wiary i nadziei przemowy przyszłego prezydenta trafiły do małomiasteczkowej społeczności w Minnesocie, nawet do tych, którzy nie ufają nikomu, jak Karl. Zadziwiające, jak ochoczo naczelny głosiciel spisków z Luverne podał rękę facetowi, który grał w filmie z małpą! Filmowe przygody Reagana nie zrobiły za to wrażenia na Lou Solversonie - ten człowiek jest jak skała i chodzący zdrowy rozsądek w jednym - który potrafi czuć się całkiem komfortowo, sikając tuż obok gwiazdora filmowego i kandydata na prezydenta. Ojciec Molly potrafi analizować wszystko na chłodno, w związku z czym rozróżnia frazesy od prawdziwych rozwiązań. Co go czyni nie najlepszym wyborcą.

fargo-reagan-99

Po odcinku "The Gift of the Magi" sympatia widzów chyba troszkę mocniej przechyliła się w stronę Blomquistów - i to obojga. Peggy póki co nie stała się drugim Lesterem (choć było blisko), zaś Ed wykazał się, co tu dużo mówić, nie tylko niesamowitą wolą przetrwania, ale wręcz heroizmem. Obronił siebie, obronił Noreen - czy tylko ja tak strasznie się o nią bałam przez cały odcinek? - i nawet Charliemu pomógł. Na razie obojgu jest bardzo daleko do antybohaterów, a ponieważ jesteśmy już w połowie sezonu, zaczynam dopuszczać myśl, że nigdy się nimi nie staną.

To póki co tylko zwykli ludzie, którzy owszem, przekroczyli jakieś granice, ale przecież nie wszystkie. Ona niechcący przejechała mafioza i spanikowała, on zabił, w gruncie rzeczy w samoobronie, dwóch ludzi, którzy mieli na sumieniu wszystkie możliwe grzechy, włącznie z morderstwami. Historia Peggy i Eda na razie pokazuje nie tyle, że zło siedzi w każdym z nas, co że światem rządzi chaos, przypadek i ludzka głupota.

Chaosu wciąż nie brak także w "Żonie idealnej"...

...która wykazała w tym tygodniu pierwsze oznaki powrotu na właściwe tory. Choć wciąż był to odcinek pozbawiony głębszej treści, to muszę przyznać, że oglądało mi się go w sumie nieźle. Fajnie wypadło i podrabianie państwa Obamów, i wątki z NSA - jak zawsze zdrowo przeszarżowane, ale całkiem przyzwoicie oddające paranoję naszych czasów - i nawet to, co się działo w Lockhart Agos & Lee.

tgw456

Diane wyglądała na zdumioną, że nie wszystkie kobiety garną się do tego, by słuchać jej porad, niektóre wręcz uważają to za obrazę. Ale rzeczywiście - patrząc na nią i na Monicę, trudno jest zobaczyć dwie takie same historie. Nawet gdybyśmy przenieśli się w lata 80. i spotkali Diane u progu kariery, prawdopodobnie wciąż okazałoby się, że miała łatwiej niż czarnoskóra dziewczyna z Baltimore, którą jedni traktują protekcjonalnie, a inni zwyczajnie wyrzucają za drzwi. Niby sprawa jest oczywista - zatrudnia się tego, kto ma lepsze wykształcenie i kwalifikacje. Ale niewygodna prawda o Stanach Zjednoczonych jest taka, że absolwenci najlepszych uczelni rzeczywiście wyglądają raczej tak jak Cary niż tak jak Monica.

"Żonie idealnej" znów w inteligentny sposób udało się poruszyć ważny temat, zmiksować go z paroma wątkami mniej poważnymi i zakończyć wszystko kozami śpiewającymi "I Will Always Love You". To nie był zły odcinek. Wreszcie.

CTiwvweUwAEdDFb

A co Was spotkało w tym tygodniu? Piszcie, komentujcie i koniecznie zaglądajcie do nas na Twittera, bo tam dzieje się najwięcej. Do następnego!