7 rzeczy, które uczyniły mój tydzień lepszym

"Jane the Virgin" (Fot. CW)

"Jane the Virgin" (Fot. CW)

Za nami kolejny tydzień pełen wszelkich wspaniałości - od "Fargo" po "Jane the Virgin", od "Downton Abbey" po "Żonę idealną" i kampanię wyborczą w "Saturday Night Live". Uwaga na spoilery!

1. To wszystko, co się działo w "Jane the Virgin". W "Jane the Virgin" rozpętało się w tym tygodniu kolorowe szaleństwo - jeszcze większe niż zwykle. Była Britney Spears, był Jon Snow, była rozweselająca czekolada i Rogelio wspinający się na szczyty swojej własnej wspaniałości. I choć odcinek skończył się raczej smutno - teraz to już chyba wszyscy jesteśmy #TeamMichael - po drodze dał radę dostarczyć więcej śmiechu niż jakakolwiek inna komedia w tym tygodniu.

2. Bruce Campbell jako Ronald Reagan. Czekałam, aż zakrzyknie "Groovy!", ale nie. Bruce Campbell jako Ronald Reagan sikał z Lou Solversonem, mieszał rzeczywistość z filmami, wygłaszał pełne wiary i nadziei przemówienia i był tak skuteczny, że niektórych mieszkańców prowincjonalnej Minnesoty doprowadził do łez. Mam pewne skojarzenia z polskimi kampaniami z tego roku, ale nieważne. Bardziej zachwyca mnie to, że "Fargo" bardzo, ale to bardzo dobrze wkomponowało politykę w tegoroczną krwawą makabrę, czyniąc z niej tło, bez którego wielu wydarzeń w ogóle by nie było, bo ich bohaterowie myśleliby po prostu inaczej.

fargo-reagan-99

3. "Żonie idealnej" wreszcie coś wyszło. Po serii nieudanych odcinków "Żona idealna" wykazała pierwsze oznaki wracania na dobre tory. "Lies" daleko było co prawda do najlepszych odcinków, treści było w nim jak na lekarstwo, ale przynajmniej oglądało się to bez zgrzytania zębami. Peter i Alicia udawali małżeństwo Obamów, Christine Baranski dostała coś do zagrania, pojawił się "Snowden dla ubogich", powrócili chłopcy z NSA. A kiedy na koniec rozbrzmiało "I Will Always Love You" w wykonaniu kóz, można się było szczerze uśmiechnąć.

CTiwvweUwAEdDFb

4. A "Downton Abbey" udało się sprawić, że będę tęsknić. To właściwie nie był tak do końca finał - w końcu czeka nas jeszcze odcinek świąteczny - ale bardzo wiele wątków w "Downton Abbey" zakończono. Zgodnie z przewidywaniami zakończenia były raczej szczęśliwe, choć jedna postać wciąż jeszcze musi czekać, żeby dostać to, na co zasługuje. Było parę wyśmienitych popisów aktorskich, były chwile strachu, że ktoś jednak skończy nieszczęśliwy, a może i martwy, było sporo humoru, dramatów cięższych i lżejszych, a także końska dawka nostalgii. Krótko mówiąc - godzina pełna wspaniałości.

5. W "Saturday Night Live pojawił się Larry David. Poprzedni odcinek "Saturday Night Live" prowadził Donald Trump, który potwierdził, że wypada bardzo dobrze w tego typu programach, przed publiką, która go naprawdę nie znosi. Można mieć do tego faceta wiele zastrzeżeń, ale nie da mu się odmówić talentu do występów w TV. Dla mnie jednak prawdziwą atrakcją odcinka z Trumpem był Larry David, najpierw udający Berniego Sandersa, a później zakłócający monolog Trumpa okrzykiem "Jesteś rasistą!".

Bardzo lubię "Saturday Night Live" w czasie kampanii prezydenckich, choć nie sądzę, żeby udało się przebić tę z 2008 roku, kiedy zupełnie poważni ludzie nie byli pewni, co powiedziała prawdziwa Sarah Palin, a co Tina Fey udająca ją w "SNL". Niemniej jednak - satyra polityczna to dla mnie dobry powód, żeby oglądać "SNL" co tydzień, bez wyjątku.

6. "Jessica Jones" z każdym zwiastunem coraz lepsza. Jeszcze rok temu przez myśl by mi nie przeszło, że będę ekscytować się nowym serialem Marvela. A tu proszę. Netfliksowy "Daredevil" zrobił różnicę, a "Jessica Jones" prawdopodobnie będzie tę dobrą passę kontynuować. Krysten Ritter niesamowicie pasuje do tej roli, a każdy kolejny zwiastun jest lepszy od poprzedniego. Ciekawe, ile osób weźmie wolne w najbliższy piątek, żeby spędzić go w całości z tą panią.

7. "Transparent" wreszcie o sobie przypomniał. To nawet nie pełny trailer, bardziej teaser, a jednak sprawił, że nie mogę się już doczekać na powrót "Transparent". Spójrzcie tylko, jaka fajna z nich zgraja.