Napisy piątkowe #5: Pokręcone życie i święta

"You're the Worst" (Fot. FXX)

"You're the Worst" (Fot. FXX)

Tym razem pochwały powędrują w kierunku "You're the Worst" i Ayi Cash. Następnie podsumowane zostaną rozczarowujące dwie godziny z "Once Upon a Time". Na koniec przyjdzie czas oswajania się z myślą, że "Arrow" może być przyzwoite, a ostatnie akapity to już tylko zachwyt nad świętowaniem w "Casual". Spoilery.

Oglądaniu poprzedniego odcinka "You're the Worst" towarzyszyło poczucie, że wizyta rodziny Jimmy'ego (Chris Geere) to jedynie chwila oddechu przed czymś naprawdę mocnym. Owe przeczucia okazały się słuszne, bo w tym tygodniu zafundowano nam zwyczajnie świetne 20 minut. Od pierwszych sekund i specyficznego sposobu przyjmowania Adderallu, przez Sama (Brandon Mychal Smith), który obecny był w prawie wszystkich najlepszych momentach i Vernona (Todd Robert Anderson) będącego Vernonem, po mocne sceny, jak krótka i bolesna rozmowa Gretchen (Aya Cash) i Jimmy'ego oraz wielka bójka ze słuchaczkami, kiedy z torebki wyjęty został pistolet.

Wciąż nie mogę się nadziwić, w jak uważny sposób budowany jest w tym sezonie portret Gretchen i jej zmagań z chorobą. Równocześnie jak skutecznie udaje się Stephenowi Falkowi i spółce gmatwać losy bohaterów i jednocześnie wciąż umożliwiać im bycie sobą. Ponadto cieszy mnie, jak dobrze już znamy potrzeby praktycznie wszystkich bohaterów oraz jak bardzo to procentuje właśnie w takich odcinkach, jak "A Rapidly Mutating Virus".

Za to w "Once Upon a Time" zafundowano nam dwa odcinki i dwie historie – różne w sumie – które nigdy nie powinny być wyświetlane bezpośrednio po sobie. Oczywiście rozumiem, że nie było innego wyjścia – za tydzień ABC zamiast "Dawno, dawno temu" transmitować będzie American Music Awards – sprawia mi jednak kłopot pojęcie, dlaczego akurat te dwa. Po prostu po odcinku, który ze względu na problemy tego sezonu nie mógł zadziałać, zaproponowano widzom coś, co nigdy nie powinno powstać.

Z jednej strony podobała mi się historia opowiedziana w "Birth". Niestety jest zupełnie oczywiste, że nie mogła wywołać odpowiednich reakcji. W 5. sezonie zaliczono tyle potknięć i próbowano przepisać na nowo połowę znanego nam świata – sztylety, miecze, Nimue – że nagle reakcja na wielki plan Swan (Jennifer Morrison) zależała od tego, jak wiele z tych nowości widzowie uznali za sensowne. Z kolei o "The Bear King" można powiedzieć tylko tyle, że nie ma najmniejszego znaczenia dla czyichkolwiek losów. Zniszczono cały potencjał, jaki mógł mieć powrót Ruby (Meghan Ory) oraz Mulan (Jamie Chung) i tylko potwierdzono, że Arthur (Liam Garrigan) jest aroganckim palantem. To ostatnie wiadome było od dawna, a wstąpienie na tron Meridy (Amy Manson) okazało się w zasadzie zbędnym detalem.

Wystarczy już tego narzekania, gdyż znowu wypada docenić kilka rzeczy w "Arrow". "Brotherhood" było naprawdę niezłym odcinkiem, choć ciągłe ratowanie bliższej i dalszej rodziny, zaczyna męczyć. Powroty z zaświatów również stały się w tym serialu chlebem powszednim. Jednocześnie scenarzyści i tym razem mogli spokojnie wpaść w szpony najgorszych momentów poprzedniego sezonu, a tego nie zrobili. Należą się więc brawa, choć doszło też do paradoksalnej sytuacji, w której po siedmiu odcinkach sezonu najciekawszy wydaje się pojedynek Olivera Queena (Stephen Amell) z Damienem Darhkiem (Neal McDonough) – ten bez kapturków, rajtuzów, strzał i magii. Szczególnie jeśli ten ostatni zacznie się interesować tym, kim właściwie są "ci ludzie" oraz trafi w pobliże ubranej w cywilne ciuchy Thei (Willa Holland).

Tak do końca nie można o tym tygodniu powiedzieć, że tylko zwykłe dni bohaterów były interesujące, a świętowanie wypadło marnie. W "Casual", po tym jak zainteresowanie pewnym nauczycielem fotografii doprowadziło do wielkiej kłótni i konfrontacji, przyszedł czas na zemstę i zbieranie rozsypanych na kawałki relacji między bohaterami. Trzeba przyznać, że fantazja Laury (Tara Lynne Barr) nie zna granic, bo to, w jaki sposób zmasakrowała Dzień Dziękczynienia Valerie (Michaela Watkins) i Aleksowi (Tommy Dewey), na lata zapisze się w historii świątecznych obiadów. W "Bottles" pojawiły się wszystkie możliwe emocje, był nawet napad histerycznego śmiechu, a my mogliśmy obserwować niesamowite zniszczenie, jakie potrafi siać zarówno wściekła nastolatka, jak i duet toksycznych rodziców. Wszystko to przeplatane świetnymi ujęciami stołu przed, w trakcie i po kolacji.

Na marginesie, kiedy będziecie oglądać ten odcinek, zwróćcie uwagę na wyrazy twarzy poszczególnych bohaterów. Jest kilka perełek, jak siedzący przy stole Drew. Szkoda też, że w tę dziwną sytuację nie został wplątany Leon (Nyasha Hatendi). Pasowałby.

Do zobaczenia!