"London Spy" (1x01-02): Szpieg taki jak on

"London Spy" (Fot. BBC)

"London Spy" (Fot. BBC)

Romans w samym środku szpiegowskiej afery, Londyn chłodny i nieprzyjemny, tak jak to potrafi tylko brytyjska stolica, i plejada wyśmienitych aktorów w obsadzie. Do tego scenariusz autorstwa twórcy poczytnych thillerów. Co tu mogło pójść nie tak? Okazało się, że całkiem sporo. Niewielkie spoilery.

Tom Rob Smith, czyli autor "Child 44" (na potrzeby niedawnej ekranizacji polski tytuł przechrzczono na jakże wyszukany "System"), po wydaniu czterech powieści otrzymał od BBC Two szansę sprawdzenia swoich umiejętności w innym medium. "London Spy" to pięcioodcinkowy miniserial jego autorstwa zgłębiający mroczne tajemnice brytyjskiego wywiadu, a przy okazji łączący cechy thrillera z wyszukanym melodramatem. Brzmi to całkiem ciekawie, niestety wiele wskazuje na to, że Smith będzie kolejnym pisarzem, dla którego kontakt z telewizją skończy się boleśnie.

Głównym bohaterem jest tu Danny (Ben Whishaw), młody homoseksualista, którego wypełnione nudną pracą i całonocnymi imprezami życie zmienia się w jednej chwili za sprawą poznanego przypadkowo mężczyzny imieniem Alex (Edward Holcroft). Ten, będąc absolutnym przeciwieństwem Danny'ego, wkrótce staje się jego drugą połówką i osobą, na którą nasz bohater czekał przez całe swoje życie. Jak łatwo się domyślić, szczęście jest tylko pozorne, bo kilka miesięcy później Alex znika, a na jaw zaczynają wychodzić tajemnice, które skrywał przed Dannym.

Fabularnie serial nie przedstawia więc niczego nowego, poza tym że parę mężczyzna i kobieta, z których jedno okazywało się szpiegiem, zastąpiło dwóch mężczyzn. Myślę, że czasy, gdy kogoś szokowało takie rozwiązanie, mamy już za sobą, zresztą nawet szukające taniej sensacji brytyjskie tabloidy przyznały się do pomyłki. Co więc poza łóżkową sceną (mocną raczej tylko na standardy telewizji publicznej) ma do zaoferowania "London Spy"? Ku mojemu rozczarowaniu niewiele.

Na pierwszy rzut oka widać, że Smith miał ambicje stworzenia gatunkowej mieszanki gejowskiego melodramatu w stylu "Samotnego mężczyzny" Toma Forda ze szpiegowskim thrillerem. Wydaje się jednak, że nieco zaburzyły mu się proporcje. Zwłaszcza w pierwszym odcinku, który przez większość czasu dłuży się niemiłosiernie, by dopiero w końcówce odsłonić nieco więcej kart. Cel takiego zabiegu jest jasny - zbudować mocną relację między bohaterami a widzem, dając jednocześnie dyskretne sygnały tego, co nastąpi potem. Rozwiązanie, które pewnie sprawdziłoby się w książce, tutaj wypada jednak po prostu nużąco. Oczekiwanie na jakikolwiek przełom ciągnie się w nieskończoność, więc gdy już go otrzymujemy, to siłą rzeczy nie robi takiego wrażenia, jakie powinien.

Na domiar złego, relacja między Dannym a Alexem przedstawiona w serialu jako jedyna prawdziwa miłość nie wypada tak przekonująco, jak chcieliby tego twórcy. Whishaw i Holcroft wprawdzie nieźle pasują do swoich ról, ale co z tego, skoro ich związek ogranicza się do maślanego spojrzenia pierwszego i nieśmiałych gestów drugiego. Nie zaprzeczam, że wygląda to wszystko ładnie, ale mam wrażenie, że większa w tym zasługa operatora i reżysera, niż samych bohaterów. Ich związkowi brakuje napięcia i iskier, jest tu raczej coś, co nazwałbym rodzącą się chemią. Po tym jak tej relacji poświęcono 3/4 odcinka spodziewałem się więzi opartych na czymś bardziej autentycznym niż jedna erotyczna scena.

Skoro więc "London Spy" zawodzi jako melodramat, to może lepiej radzi sobie z thrillerem? Po części tak - niewątpliwie wydarzenia następujące po zniknięciu Alexa nadają serialowi nowej dynamiki i sprawiają, że sygnały wysyłane przez twórców zaczynają nabierać sensownego kształtu. Z drugiej strony jednak nie daje nam się zapomnieć o romansie, nieustannie przywołując jego wspomnienie, głównie w postaci migawek z przeszłości i tęsknego wodzenia wzrokiem w wykonaniu Danny'ego. Rozumiem, że to wszystko służy budowaniu klimatu pustki i cierpienia, ale litości, gdy Whishaw po raz kolejny przeczesywał smutnym spojrzeniem ogród, rzekę, a nawet własne odbicie w lustrze, to walczyłem z odruchem przewijania.

Razi to tym bardziej, że bez tych sentymentalnych wstawek (a przynajmniej ograniczając ich ilość) "London Spy" mógł sporo zdziałać samą szpiegowską historią. Sekwencję, w której Danny odkrywa mroczne sekrety kryjące się na strychu w domu Alexa, zrealizowano perfekcyjnie i z dbałością o najmniejszy szczegół, a wynikające z niej komplikacje zmierzają w intrygującym kierunku. Wmieszanie w całą historię charakterystycznych drugoplanowych postaci, takich jak Scottie (Jim Broadbent) czy Frances (Charlotte Rampling), sprawiło, że to właśnie chęć wyjaśnienia intrygi ciągle trzyma mnie przy serialu i jej rozwiązanie na pewno będzie mocno rzutować na końcowej ocenie.

Po stronie plusów trzeba również zapisać wykonanie, bo do tego nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń. Świetne wrażenie robią utrzymane w bardzo chłodnej kolorystyce zdjęcia. Dzięki nim Londyn staje się jednym z najmniej przyjaznych miejsc na świecie, zwłaszcza gdy w tle ciągle widać górujący nad bohaterami niczym sęp gmach głównej siedziby MI6. Równie dobrze wypadają inne lokalizacje, jak wspomniane już mieszkanie Alexa czy stary angielski dwór, jakby żywcem wyjęty z opowieści o duchach.

Realizacja to jednak nie wszystko, a zdaje się, że twórcy na czele z Tomem Robem Smithem zapomnieli, że telewizja to medium, które ma jednak nieco inne wymagania niż powieść. "London Spy" niewątpliwie ma swoje zalety, a miłośnicy budowania klimatu kosztem fabuły czy charakterystyki postaci mogą być nim wręcz zachwyceni. Nie da się jednak ukryć, że historia zdaje się nadmiernie rozwleczona, a nawet nudna. Poza nielicznymi momentami, ma się wrażenie, że wraz z bohaterem stoimy w miejscu, wiec wychwalanie jego intuicji brzmi tu niezamierzenie komicznie. Są wprawdzie przesłanki ku temu, by sądzić, że dalej będzie lepiej, ale po cichu dziękuję BBC Two, że do końca już tylko trzy odcinki.