"Doktor Who" (9x10-12): Bardzo długie pożegnanie

"Doktor Who" (Fot. BBC)

"Doktor Who" (Fot. BBC)

W ostatniej opowieści 9. sezonu "Doktora Who" zobaczyliśmy miejsca, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu, a wiele ważnych wątków doprowadzono do końca. Obficie korzystano też z nawiązań do tej oraz poprzednich serii, ale najważniejsze i tak wydaje się to, jak piorunujące wrażenie pozostawiły po sobie te odcinki. Spoilery.

Istnieje możliwość, że w poniższych akapitach zgubię kilka rzeczy. Trzy odcinki, mnóstwo nawiązań (często np. do Dziesiątego Doktora) i wydarzeń, kilka naprawdę ważnych miejsc – coś musiało się gdzieś zapodziać. Więc żeby to, co dla wielu najważniejsze niepostrzeżenie, nie zniknęło wśród innych, zapewne mniej istotnych, ocen, opisów i opinii, napiszę od razu. Trzyodcinkowe pożegnanie z 9. sezonem i Clarą Oswald (Jenna Coleman) było po prostu świetne. Bawiło, smuciło, kilka razy doprowadziło też do wstrzymania oddechu. Zakończono tę opowieść prawdopodobnie w najlepszy lub w jeden z najlepszych sposobów, jaki się dało, a zanim do tego doszło…

Wpierw zobaczyliśmy bardzo smutny, stonowany, przyziemny "Face the Raven". Potem przyszła pora na momentami wręcz klaustrofobiczny i najogólniej mówiąc doskonały "Heaven Sent". Na koniec zaserwowano nam czyste szaleństwo zatytułowane "Hell Bent". Moffatowi w zasadzie udało się w jednej historii jednocześnie pogodzić z częścią fandomu i ją strollować, ale zostawmy tę sprawę, zanim zacznie się zbiorowe wygrażanie śrubokrętami lub co gorsze okularami przeciwsłonecznymi.

W tych odcinkach było miejsce zarówno na trochę nieskrępowanej rozrywki, jak i na Dwunastego Doktora (Peter Capaldi) mordującego jednego z Władców Czasu – wiem, regeneracja. Były akty bezinteresownego poświęcenia, a zwykła upartość doprowadziła do bardzo poważnych konsekwencji. Podejmowano pokręcone decyzje, toczono ważne dyskusje, prawdopodobnie też w jakimś stopniu popsuto wszystko – w sensie wszechświat, czas i co tam jeszcze się dało.

Opowieść ta miała w zasadzie jeden cel, choć pewnie obronić dałoby się stwierdzenie, że dwa. Najprościej mówiąc, domknięto historię Clary. Zadbano o datę i miejsce zgonu oraz sposób kopnięcia w kalendarz, a potem tak zamieszano wszystkim, że panna Oswald zwiedza teraz wszechświat już we własnej nie tyle niebieskiej budce, ile w barze, jadłodajni, coś w tym stylu. Przy okazji chwilowo się nie starzeje, a i dorobiła się towarzystwa w postaci nieśmiertelnej i liczącej sobie już trochę lat Me/Ashildr (Maisie Williams). Oczywiście ostatecznie musi się znaleźć z powrotem na wiadomej ulicy na drodze pewnego ptaszyska, ale np. taki Jedenasty i z tego typu problemem kiedyś sobie poradził.

Tym drugim powodem mógłby być powrót do domu, tyle że pobyt na Gallifrey okazał się tylko środkiem prowadzącym do, w założeniu szczęśliwego, końca, a nie ostatecznym finałem podróży. Taki obrót sprawy musiał kilka osób zirytować, choć myślę, że spędziliśmy tam wystarczająco dużo czasu, aby nie czuć niedosytu. Zresztą oglądanie, jak kolejny już TARDIS trafia w nowe ręce ma w sobie coś niesamowitego. Poza tym ubawiło mnie, że Doktor znowu został prezydentem "czegoś".

Zabrano więc nas w fantastyczną podróż, która okazała się zupełnie inna niż można się było spodziewać. Ukryte ulice, stare zamki, pałace potężnych władców – wszystko miejsca miały drugie i trzecie dno. Pozwalano nam w nich dotrzeć do czegoś tajemniczego, niekiedy nowego. Może tylko kolejna wizyta na samym na końcu dziejów trochę rozczarowała. Strasznie tłoczny jest ów koniec wszystkiego – ciągle kogoś tam znajdujemy.

W tym konkretnym przypadku nie mam zbyt wielkich pretensji. Pozwoliło to zarówno na podsłuchaną przez Clarę ważną rozmowę Doktora z Me, jak i później na niesamowitą konfrontację już wewnątrz TARDIS. Jestem również bardzo zadowolony z tego, jak rozegrano obie dyskusje, konfrontacje oraz kto ostatecznie stracił pamięć i czego dotyczył sam spór. Faktu, że przekroczone zostały wszelkie granice, nikt nie kwestionował; poświęcenia poszczególnych postaci również nie. Clara walczyła o swój czas przeżyty i odniosła zwycięstwo. Doktor niestety bardzo dużo zapomniał. Gdyby zakończono to inaczej, pewnie nie udałoby się uciec od porównań do pożegnania Donny Noble.

W tym mierzeniu się z całą opowieścią nie można zapomnieć, jak dobre są te odcinki i jak różne od siebie. W każdym z nich znaleźć też można mnóstwo detali, scen, fragmentów, które sprawiały frajdę, przygnębiały, śmieszyły, a niekiedy po prostu szokowały. W "Face the Raven" bezcenna była mina Rigsy'ego (Joivan Wade), kiedy obserwował, jak Clara wypada z TARDIS. Z "Heaven Sent" nie da się uciec od żmudnego przebijania się przez ścianę i morza pełnego doktorowych czaszek. "Hell Bent" za każdym razem rozbraja sekwencja na Gallifrey, kiedy Rassilon (Donald Sumpter) i spółka liczyli na spotkanie z Doktorem. Z kolei Dalek błagający o skrócenie życia był niesamowicie szokującą drobnostką. Uśmiech Me, kiedy panna Oswald obwieściła swoje plany, również był bezcenny. Albo klasyczne wnętrze TARDIS z tymi okrągłymi rzeczami…

Od detali po całą historię - pozostaje powtórzyć, że zaproponowano nam cudowne zakończenie sezonu. Najbliższe tygodnie pokażą, co najmocniej zostanie w pamięci z tych godzin przed ekranem. Jeśli więc jeszcze nie zabraliście się za te odcinki, koniecznie je nadróbcie w wolnej chwili. Warte są waszej uwagi. A jeśli ów finał za wami, chyba teraz czas obejrzeć wszystko bez tygodniowych przerw między poszczególnymi częściami. Ciekawe, jakie wtedy będą wrażenia.