"Pozostawieni" (2x10): Spokojnie, to tylko rewolucja

"Pozostawieni" (Fot. HBO)

"Pozostawieni" (Fot. HBO)

2. sezon "Pozostawionych" to magiczna, niczym nie ograniczona podróż po najbardziej zaskakujących zakamarkach ludzkiej wyobraźni i ludzkich emocji. W finale mogliśmy zobaczyć, jak to wszystko, co nas zadziwiało przez całą jesień, łączy się w jedną logiczną, fascynującą całość. Duże spoilery!

Tej jesieni tylko dwa seriale co tydzień lądowały w naszych hitach, bo każdy następny odcinek wydawał nam się lepszy od poprzedniego. W przypadku "Fargo" byliśmy w stu procentach pewni, co robimy, ale "Pozostawionych" jednak troszkę się obawialiśmy. Bo bywało już tak, że Damon Lindelof zachwycał swoimi pomysłami, by na koniec rozczarować. Od czasu finału "Lost" minęło jednak parę ładnych lat, a i w HBO pracuje się inaczej niż w ABC. Finał 2. sezonu "Pozostawionych" nie tylko więc nie zawodzi, ale i skonstruowany jest tak sprytnie, że gdyby kolejna seria miała nigdy nie powstać, nie zostaniemy z dziesiątkami pytań bez odpowiedzi.

Odcinek "I Live Here Now" składa się przede wszystkim właśnie z odpowiedzi. Dowiedzieliśmy się, co zaplanowała Meg, jaka była w tym rola nastolatek, które znikły na początku sezonu (i jak wyglądało to "zniknięcie" od kuchni), oraz czy w Miracle zdarzają się jednak cuda. John i Erika odkryli prawdę o swojej córce - i z jednej strony poczuli ogromną ulgę, że żyje, a z drugiej jeszcze większe ukłucie, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego.

Byliśmy świadkami wielu mocnych wymian zdań - pomiędzy Kevinem i Johnem, Laurie i Jill, Mattem i Mary - ale największe wrażenie robiła chyba ta scena, w której nie słyszeliśmy, co bohaterowie mówią. To znaczy kiedy Erika krzyczała na moście do Evie, najpierw szczęśliwa, że ją odnalazła, potem coraz bardziej przerażona jej obojętnością. To było jak uderzenie obuchem, a przy okazji też pokazało, jak dobrze skonstruowano bohaterów, również tych, którzy dołączyli do serialu w 2. sezonie. Ich losy nas obchodzą, ich emocje mają siłę, ich ból jest odczuwalny.

Bardzo dużo radości spotkało w tym finale Matta - współczesnego Hioba, na którego Bóg zrzucał kolejne nieszczęścia, a on i tak nie tracił wiary. Teraz wreszcie został nagrodzony cudem, na który czekał cztery lata. Mary znów jest nie tylko przy nim, ale i z nim.

Kolejną podróż w zaświaty - które, co może dziwić, wyglądają tak jak hotel - odbył Kevin. I jak świetnie patrzyło się na tego bohatera, przechodzącego płynnie od "Do ciężkiej cholery, tylko nie to znowu!" do bardzo zdecydowanego wyboru stroju (ha - innego tym razem!) i podjęcia kroków potrzebnych, by się z tego miejsca wydostać. Tragizm całej sytuacji został wymieszany w idealnych proporcjach z komizmem i choć było mi Kevina strasznie żal i nieomal płakałam - by nie rzec: wyłam - razem z nim, kiedy wszedł na scenę i śpiewał zdesperowany w hotelowym barze, trudno było też się nie uśmiechnąć, patrząc na jego poczynania. Nie zawiodły ani emocje, ani realizacja - przez większość czasu mogliśmy bardzo dokładnie przyjrzeć się temu, co się dzieje na twarzy dawnego policjanta z Mapleton. I kurcze, Justin Theroux dał radę. Naprawdę dał radę.

Na marginesie: oryginał brzmi tak. Bardziej obie wersje różnić by się nie mogły.

Również wspólny wątek Kevina i Johna, którzy w końcu odnaleźli się w klinice Eriki i przestali sobie skakać do oczu, był emocjonalną jazdą bez trzymanki. Bo oto mamy dwóch dorosłych facetów, pogubionych bardziej niż ktokolwiek na świecie, którzy reagują przez długi czas na swój widok agresją, nie do końca wiedząc czemu. Żaden nie chce w ten sposób się zachowywać, po prostu tak wychodzi. Były takie momenty, kiedy bałam się, że Kevin nie wróci albo że John go zostawi na podłodze kliniki, ale nic takiego się nie stało. "Pozostawieni" cały czas pewnym krokiem zmierzali ku szczęśliwemu zakończeniu - no, tak szczęśliwemu jak to możliwe w tych okolicznościach.

Czyli na dobrą sprawę słodko-gorzkiemu, bo z jednej strony obracającemu się wokół słów Meg "Rodzina jest wszystkim", a z drugiej oznaczającemu społeczną rewolucję w Miracle. Rewolucję, która nie zdziwiła mnie ani nie przeraziła tak jak pożar z zeszłorocznego finału. Meg nie wysadziła na moście prowadzącym do miasteczka klasycznej bomby, postawiła na bombę emocjonalną. I prawdopodobnie doprowadziła do zniszczenia Miracle w takim kształcie, w jakim je znaliśmy.

Ale koniec końców to nie ma aż takiego znaczenia. Miracle udowodniło, że potrafi być niezwykłe - i to się nie zmieni, jeśli zniknie płot i opaski na rękę. A dla głównych bohaterów liczy się tylko to, że po tym, jak tłukli się po świecie, szukając dla siebie miejsca, wreszcie je odnaleźli - obok siebie, w nowym domu Garveyów w Teksasie. Ostatnia scena, która w innych serialach wypadłaby pewnie tandetnie, tutaj pasowała doskonale. Dokładnie o to cały czas chodziło: żeby ci strasznie zagubieni ludzie, z którymi zdążyliśmy się mocno związać, znaleźli coś w rodzaju swojego miejsca na świecie.

2. sezon "Pozostawionych" jest wielki, bo wiedział, jak połączyć nietypową intrygę z emocjami, sprawiając, że wszelkie dziwności, odjechane pomysły i realizacyjne perełki nie były puste w środku. Nie były sztuką dla sztuki. Były po coś i jednocześnie idealnie współgrały z warstwą emocjonalną. Serial udowodnił, że w dzisiejszej telewizji nie ma żadnych ograniczeń i zabrał nas w takie zakamarki ludzkiej wyobraźni, jakich nie zwiedzamy na co dzień, siedząc przed ekranem. A jednocześnie wszystko, co pokazano, było logiczne, każdy element układanki pasował do siebie i znajdował się dokładnie tam, gdzie znajdować się powinien.

Na wszelkie pochwały tego świata zasługują również kreacje aktorskie. Justin Theroux, Carrie Coon, Christopher Eccleston, Amy Brenneman i Regina King powinni zostać obsypani nagrodami, podobnie jak scenarzyści i reżyserzy. Wszystko w tym sezonie współgrało ze sobą idealnie, wszyscy dali z siebie tyle, ile tylko mogli, a Damon Lindelof udowodnił, że jest mistrzem nie tylko w tworzeniu zagadek, ale również w ich rozwiązywaniu. Jeśli HBO nie zamówi 3. sezonu, to będzie najgorsza wiadomość tego roku.