"Luther" (4x01): Detektyw z domku na klifie

Pierwszy odcinek "Luthera" od dwóch i pół roku zostawia po sobie kilka świetnych scen oraz mieszane uczucia. I o ile dobrze jest móc znowu zobaczyć Johna Luthera w akcji, to jednak w kilku miejscach twórcy serialu, Neilowi Crossowi, chyba powinęła się noga. Spoilery.

I piszę to pełen wątpliwości, w końcu jesteśmy raptem w połowie opowieści. Na samym początku mignął nam Justin Ripley (Warren Brown), zobaczyliśmy także, że o ile w Londynie może brakować Luthera (Idris Elba), to zdrowo pokręceni mordercy wciąż mają się całkiem nieźle. Później odwiedziliśmy fantastyczny dom na klifie należący do Johna oraz poznaliśmy nowych bohaterów, czyli DCI Theo Blooma (Darren Boyd) i DS Emmę Lane (Rose Leslie). Niestety pierwszy z tej dwójki długo z nami nie zabawił, mimo że wydawał się całkiem kompetentnym śledczym.

Nie brakowało także bomb, tak dosłownie, jak i w przenośni. Wśród tych ostatnich najważniejsza: Alice Morgan podobno nie żyje. Te prawdziwe z kolei znajdowano w lodówkach. Właśnie te dwa wydarzenia doprowadziły głównego bohatera do założenia znajomego, choć pewnie zapasowego płaszcza. Los Alice wywabił Luthera z domku na klifie, a także umożliwił nam ponownie na zwiedzanie zakamarków londyńskiego półświatka. Wybuchowa lodówka z kolei zmusiła go do powrotu do służby. Zresztą, zanim odcinek się skończył, John zdążył jeszcze stanąć twarzą w twarz z mordercą sezonu. Szybko.

Dużo rzeczy wyglądało znajomo w tym odcinku: poszczególne wątki, motywy, znajome postacie, jak Schenk (Dermot Crowley) czy Benny (Michael Smiley). Prędko wychodzi także na wierzch natura Luthera wraz ze zdrową dawką obsesji i delikatną skłonnością do przemocy. Co więcej, sama sekwencja otwierająca tę telewizyjną godzinę była świetna.

Niestety mniej więcej od połowy odcinka można było odnieść wrażenie, że bliżej temu, co widzimy, jest do raczej nierównego 1. sezonu niż do kolejnych serii. Znowu gdzieś się śpieszymy, za bardzo nie ma czasu, aby solidnie skomplikować życie głównemu bohaterowi i dziwne to jest, kiedy pomyśli się o wrażeniu, jakie robiły czteroodcinkowe śledztwa w kolejnych latach.

Z czasem problematyczny staje się też sam ścigany przez bohaterów seryjny morderca. O ile na początku jego zwyczaje i kolejne wyczyny robią piorunujące wrażenie, to jednak samo wyjawienie, w jaki sposób działa i znajduje swoje ofiary, nie wzbudza mocnej reakcji. Znalazł pracę, która pozwala mu dostać się przyszłych ofiar. Włamuje się do starszych komputerów, lubi podglądać. Stać go na własną chałupę pełną ekranów, zdjęć, a jednocześnie ma czas, aby pastwić się nad ofiarami, pałaszować organy i jeszcze umie dostać się w każde miejsce, w jakie chce. Owa dziwna kombinacja, złożona z bardzo wielu ogranych elementów, ostatecznie wydaje się nieco zbyt wydumana. Trochę też za mocno została osadzona w technologicznej przeszłości.

Jednocześnie nie chciałbym teraz kogoś przestraszyć, że jest bardzo źle lub okropnie, bo nie jest. Jest po prostu dziwnie, nierówno – co pozostawia naprawdę mieszane uczucia przed kolejnym odcinkiem. Z jednej strony atmosfera serialu wciąż jest ta sama, Idris Elba jest niesamowicie dobry, a utalentowana Rose Leslie stara się wyciągnąć cokolwiek ze swojej roli, szczególnie w momentach, kiedy jej bohaterka nie ma zbyt wiele ciekawego do powiedzenia. Nie ogląda się tego źle, ale czasem scenariusz niedomaga, a niektóre decyzje po prostu martwią. Przykładowo, na tym etapie, które z kilku możliwych zakończeń wątku związanego z Alice ma potencjał, aby nie rozczarować?

Ponieważ trudno teraz o końcowe wnioski, przerwijmy. W końcu nie oszukujmy się, to wciąż jest "Luther" i wciąż chce się zobaczyć, co będzie dalej. Z drugiej strony powoli zbliżamy się do momentu, w którym przyjdzie zadać sobie kilka ciężkich pytań, np. "Jak wiele potknięć może Neilowi Crossowi ujść na sucho?", "Czy chodzi już tylko o atrakcję, czyli Johna prowadzącego dowolne śledztwo?". Pytań, które jeszcze przed emisją pierwszej części 4. serii, prawdopodobnie nikomu nie przeszły przez myśl.

REKLAMA