"Homeland" (5x12): Iluzje ludzi bez iluzji

"Homeland" (Fot. Showtime)

"Homeland" (Fot. Showtime)

To nie był idealny finał, ale ostatni odcinek "Homeland" w tym sezonie w godny, momentami poruszający sposób - i bez happy endu - zakończył kilka kluczowych wątków. Uwaga na duże spoilery!

To był dobry, chociaż momentami bardzo nierówny sezon "Homeland". Dotykał wielu kluczowych kwestii, którymi zajmujemy się teraz w prawdziwym świecie - od problemu uchodźców i integracji muzułmanów w krajach Europy po inwigilację obywateli w imię walki z terroryzmem, swobody obywatelskie i wolność w w internecie. To wszystko bieżące tematy dyskusji na skalę globalną, a "Homeland" w tym sezonie pokazał je w typowy dla siebie sposób - taki, w którym nie ma jednej "słusznej strony".

Ani Laura Sutton - wzorowana chyba na Glennie Greenwaldzie, który współpracował z Edwardem Snowdenem przy wycieku danych z NSA - ani jej przeciwnicy z BND nie są przedstawieni jednoznacznie. I to Laura Sutton w ostatnich odcinkach wyrosła na jedną z kluczowych osób, która przedstawiają racje jednej ze stron uwikłanych w globalną wojnę z terroryzmem. Sutton nie przyćmiewa nigdy Carrie w tym sezonie, ale w ostatnich odcinkach jest ciekawszą postacią niż nieco jednowymiarowa Allison.

Tematy międzynarodowo-szpiegowskie to jednak tylko jeden z aspektów serialu. W każdym odcinku są inne, ale zawsze w mniej lub bardziej ciekawy sposób przeplatane są ze sprawami osobistymi. Jednym z głównych wątków tego sezonu jest to, czy Carrie i inni będą w stanie funkcjonować trwale w inny sposób, niż przez całe dotychczasowe życie. Poznajemy Carrie jako osobę, która zerwała z pracą w CIA, jest przykładaną matką i dziewczyną w stałym związku. Jej samej wydaje się, że tak może być już zawsze. Czy była to tylko iluzja? Carrie stała się też wierząca - co podkreślano szczególnie w pierwszym i ostatnim odcinku - i to dla niej nie jest bynajmniej iluzja.

Dla byłej agentki jej nowe życie z całą pewnością nie było złudzeniem. Ale jak pokazał ten sezon, iluzją było przekonanie, że można zerwać z przeszłością raz na zawsze. Tak samo było z Quinnem. On w liście do Carrie - który miał być przez nią przeczytany w razie, gdyby coś mu się stało - nazwał złudną nadzieją przekonanie, że mogą być razem szczęśliwi, że jego uczucie dla niej ma sens. Ta scena - gdy okazuje się, że on pozostanie prawdopodobnie w stanie wegetatywnym do końca życia - jest jedną z najbardziej poruszających w serialu. A już zwłaszcza padająca na końcu zapowiedź, że Carrie skróci jego męczarnie. Quinn jednak tych iluzji ostatecznie nie miał.

Scena w szpitalu była jednym z najmocniejszych punktów całego odcinka i sezonu w ogóle. To było pożegnanie godne Quinna, zgodne z tym, co wiedzieliśmy o tej postaci. Gorzej było z innymi wątkami. Atak terrorystyczny został powstrzymany bardzo łatwo, a Allison zginęła w dość banalny sposób. Nie ma mowy o rozliczeniu się za zdradę.

Saul też żył w iluzji - właśnie wobec Allison, co zresztą mówi mu prosto w twarz przesłuchiwany Ivan z FSB. Jego iluzje wynikały z sytuacji osobistej, którą łatwo wykorzystano przeciwko niemu. Tego dowiadujemy się w drugiej najlepszej scenie odcinka - próbie werbunku. Tu pada stwierdzenie o "iluzjach ludzi, którzy nie wierzą w iluzje" - określenie pasujące do wszystkich, którzy zaangażowani są w szpiegowską grę.

To wszystko składa się na mocny finał, godny tego sezonu, który mimo kilku wpadek był jednym z najlepszych od początku serialu. To, że zdecydowano się na "czysty" thriller szpiegowski, wyszło tylko temu sezonowi na dobre. I chociaż przy kilku wątkach pozostaje poczucie niedosytu, to fakt, że nie było tu mowy o happy endzie podnosi ocenę i tego odcinka, i całego sezonu.

"Homeland" i jego bohaterowie zawsze poruszali się w odcieniach szarości, w strefie między dobrem a złem. Tak było od początku serialu, ale dzięki względnemu realizmowi 5. sezonu i dojrzałemu potraktowaniu pewnych spraw, udało się zbudować bardzo przekonywującą całość. Co więcej, udało się w pewien sposób wymyślić cały serial na nowo, z Berlinem jako fascynującą lokalizacją główną. A jednocześnie nie traci on swojej tożsamości, mimo że Brody jest już tylko odległym wspomnieniem.

Pożegnanie z "Homeland" jest w tym sezonie trudne ze względu na los Quinna. Ale chociaż może to zabrzmieć okrutnie, to, co się z nim stało, pasuje do realiów świata, w którym przyszło mu żyć, i do roli, na którą się zgodził. On żył bez iluzji, że może być inaczej. My już nie mamy wątpliwości, że dzięki solidnemu, momentami ponadprzeciętnemu sezonowi "Homeland" to w tym roku jeden z najlepszych seriali, a na pewno jeden z najlepszych w swoim gatunku.