10 najlepszych seriali 2015 roku wg Marty Wawrzyn

"Mad Men" (Fot. AMC)

"Mad Men" (Fot. AMC)

Wracamy już do rzeczywistości i rozpoczynamy na Serialowej podsumowanie roku w telewizji. Na pierwszy ogień idzie dziesiątka najlepszych z najlepszych, której nie wygrało "Fargo".

Nasze coroczne podsumowania tym razem wypada zacząć od stwierdzenia oczywistości: to był świetny rok w serialach. Prawdopodobnie najlepszy, odkąd prowadzimy Serialową. Amerykańska telewizja ogólnodostępna co prawda pogubiła się już całkiem, ale za to ze zdwojoną siłą pracowały stacje kablowe, Netlix przeszedł samego siebie, zaś Amazon i Hulu okazały się całkiem mocnymi zawodnikami. Na dodatek coraz więcej tytułów można było oglądać w Polsce dzień lub kilka dni po światowej premierze.

Kiedy śledzi się grubo ponad setkę seriali rocznie, układając pod koniec roku taką listę jak ta, wypada sobie zadać tylko jedno pytanie: jak wiele z tego, co oglądałam, zostało ze mną na dłużej? Zwykle niestety odpowiedź brzmi: oglądało się to przepysznie, ale jednak po paru miesiącach zostało z tego niezbyt wiele.

Nie miałam większych wątpliwości, co powinno wejść do mojego top 10 roku, a co nie - postawiłam tym razem przede wszystkim na świeżość - ale lista produkcji, które się nie zmieściły, wygląda i tak imponująco. To są same seriale dobre, bardzo dobre i wyśmienite, które do dziesiątki się nie dostały głównie dlatego, że konkurencja była za duża. Postanowiłam je wymienić w kolejności alfabetycznej, bo nie mam lepszego pomysłu, co z nimi zrobić (a i tak pewnie o czymś zwyczajnie zapomniałam): "Better Call Saul", "Dolina Krzemowa", "Halt and Catch Fire", "Inside Amy Schumer", "Jane the Virgin", "Justified", "Kto się odważy", "Louie", "Manhattan", "Narcos", "Orange Is the New Black", "Parks and Recreation", "Penny Dreadful", "Rectify", "Spojrzenia", "The Knick", "Togetherness", "Unbreakable Kimmy Schmidt", "UnReal", "You, Me and the Apocalypse", "You're the Worst", "Veep".

Polecam wszystkie te seriale naraz i każdy z osobna, a do tego chciałabym zaznaczyć, że nawet to, co było w tym roku nieco słabsze niż w latach poprzednich - na przykład "Żona idealna, która po raz pierwszy do mojej dziesiątki w ogóle nie weszła - wciąż da się oglądać i to z przyjemnością. Ba, produkcje, które kwalifikujemy jako guilty pleasure bardzo zmieniły się w ciągu ostatnich lat. Kiedyś wyróżnialiśmy takie tytuły, jak "Zemsta" albo "Czysta krew", dziś nawet gdybym wydłużyła tę listę do dwudziestu pozycji, mogłabym mieć problem ze znalezieniem miejsca dla "Outlandera". Świetnego przecież.

Krótko mówiąc, z top 10 spokojnie można by zrobić top 50 i może za rok, wzorem Tima Goodmana z The Hollywood Reporter, tak właśnie uczynię. A tymczasem przedstawiam moją dziesiątkę najlepszych seriali roku.

10. "Jessica Jones". Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że jakakolwiek produkcja Marvela wyląduje w jakimkolwiek moim podsumowaniu najlepszych seriali roku, pewnie zareagowałabym dość dużym zdziwieniem. Ale nie mogłam nie docenić "Jessiki Jones" za to, jak ostro i bezkompromisowo przełamuje konwencję typowego serialu o superbohaterach. "Jessica" odważnie sięga po tematy, jakie w tego typu produkcjach jeśli się pojawiały, to były traktowane płytko i schematycznie - począwszy od feminizmu i wątków LGBT, a skończywszy na gwałcie i psychologicznych skutkach traumy. A sposób, w jaki je traktuje, przybliża ją raczej do mocnych, mrocznych dramatów z kablówek niż seriali o facetach w obcisłych gaciach i wygadanych laseczkach w lateksie ratujących co tydzień świat. Ale punkty należą jej się nie tylko za odwagę - to po prostu kolejny bardzo dobrze napisany, wyśmienicie zagrany i wciągający jak diabli serial Netfliksa.

9. "The Affair". Opowiadana z różnych perspektyw historia czwórki całkiem zwyczajnych osób uwikłanych w całkiem zwyczajne zdarzenia - z lekką tylko nutką sensacji - zachwycała rok temu i zachwyca też w tym roku. "The Affair" to przede wszystkim perfekcyjnie napisany scenariusz, dobrze oddana psychologia postaci i doskonałe aktorstwo, za które w tym sezonie w szczególności należy wyróżnić Maurę Tierney. To od początku było coś więcej niż opowieść o romansie, ale dopiero w tym sezonie zobaczyliśmy, jak bardzo złożone i nieoczywiste jest tutaj praktycznie... wszystko. Nie ma drugiego serialu, który tak mocno skupiałby się na emocjach i frustracjach, w mniejszym lub większym stopniu dotyczących nas wszystkich, i który potrafiłby o nich mówić z taką brutalną szczerością i niezwykłą subtelnością jednocześnie. "The Affair" to idealna symfonia słów, gestów, spojrzeń i niedopowiedzeń, która 15 miesięcy po debiucie wydaje się tak samo świeża jak na początku.

8. "Master of None". Komedie w tym roku są najbardziej poszkodowane na mojej liście, czego żałuję, ale nie na tyle, żeby coś z tym zrobić. "Master of None" przebił się, bo mnie ujął lekkością, ciepłem i inteligentnymi żartami. Aziz Ansari sprytnie wymieszał tematy bardzo poważne - jak rasizm, seksizm, samotność osób starszych czy to, jak traktujemy naszych rodziców - z kompletnymi bzdurkami, dodał trochę romansów, trochę przyjaźni i w efekcie wyszedł szczery, niegłupi i zadziwiająco trafny portret mojego pokolenia. Trzydziestolatków, którzy nie tylko nie mają planu na życie, ale też lubią wyolbrzymiać problemy, które wydają się absurdalnie błahe w porównaniu z doświadczeniami poprzednich pokoleń. Wielu już próbowało, ale wydaje mi się, że w tej chwili to właśnie Ansari ma największe zadatki, by stać się Seinfeldem naszych czasów.

7. "The Americans". "The Americans" to chyba najbardziej pechowy serial ostatnich lat. Krytycy go kochają, a nagród nie dostaje żadnych. Nawet na Serialowej zwykle się okazuje, że chwalimy produkcję FX i chwalimy, a potem i tak wszystko wygrywa "Breaking Bad", "Mad Men" albo "Fargo". To niestety kolejny dowód na to, że dobrych seriali jest ostatnio już troszkę za dużo. Bo trzeci sezon opowieści o radzieckich szpiegach mieszkających na typowym amerykańskim przedmieściu i udających typową amerykańską rodzinę to telewizja najlepszej jakości. I emocjonalne szaleństwo, i trzymający w napięciu thriller, i porządny dramat rodzinny. Stawki jeszcze nigdy nie były tak wysokie, a scenariusz tak fantastycznie napisany. Nie dość że regularnie zrzucano na nas emocjonalne bomby, to jeszcze dostaliśmy bardzo dobitne dowody na to, że większość wątków głównych - do tej pory wolno rozwijających się - bardzo dokładnie wie, dokąd zmierza. I oby tak zostało do końca.

6. "Transparent". Jeden z tych seriali, które nie tyle oglądam, ile przeżywam. To prawda, że do samolubnych członków rodziny Pfeffermanów nie tak łatwo jest poczuć choć trochę sympatii, ale bardzo łatwo jest w ich lękach, złych wyborach i życiowych pomyłkach zobaczyć siebie. To zdecydowanie najciekawsza serialowa rodzina, a każdy odcinek stanowi świetną opowieść o ludzkim popapraniu emocjonalnym, o więzach, których nie da się zerwać, i o pułapkach, które człowiek często zastawia na siebie sam. Drugi sezon był jeszcze lepszy od pierwszego dzięki dość nietypowym flashbackom z Berlina, który na oczach młodej Rose przemieniał się w stolicę III Rzeszy, a także paru odważnym decyzjom, które podjęli Pfeffermanowie - bądź które zostały podjęte za nich. Krótkiego występu Anjeliki Huston też nie da się przecenić.

5. "Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta". Robert Durst nie jest aktorem, jest prawdziwym mordercą, ucieleśniającym zło w najczystszej postaci. I właśnie dlatego jego świdrujące oczy zrobiły na mnie aż takie wrażenie. Andrew Jarecki dokonał niemożliwego, tworząc dokument wciągający jak najlepsze kryminały i przerażający bardziej niż wszystkie seriale razem wzięte. Przez sześć tygodni oglądaliśmy z zapartym tchem prawdziwe zdarzenia i zastanawialiśmy się, jak dziennikarskie śledztwo Jareckiego wpłynie na rzeczywistość. Wpłynęło w sposób bardzo znaczący, udowadniając, że dzisiejsza telewizja nie zna żadnych granic, a seriale nie zawsze są czystą rozrywką.

4. "Pozostawieni". Jedno z najlepszych serialowych zaskoczeń tego roku. W pierwszym sezonie "Pozostawieni", owszem, mieli wyśmienite momenty, ale zdarzało im się też zwyczajnie przynudzać. Drugi sezon to od początku do końca emocjonalna jazda bez trzymanki - pełna zdarzeń dziwnych i dziwniejszych, obejmująca różne miejsca i różne stany ludzkiej świadomości. To magiczna podróż do domu, której udowodniła, że ludzka wyobraźnia nie zna granic, a dziwność da się połączyć z żelazną logiką i emocjami podniesionymi do potęgi entej.

3. "Fargo". Serialowa perfekcja zaklęta w dziesięciu odcinkach. Nie jestem w stanie wymienić ani jednej rzeczy, która nie podobała mi się w tym roku w "Fargo". Jestem pełna podziwu, z jaką lekkością i łatwością Noah Hawley połączył ze sobą motywy i wątki, które na pierwszy rzut oka niekoniecznie do siebie pasują - czyli charakterystyczną dla "Fargo" okraszoną czarnym humorem śnieżną makabrę z klimatem retro, polityką z czasów tuż przed Reaganem, wizytami kosmitów i do tego jeszcze perfekcyjnie napisanymi osobistymi wątkami kilkorga bohaterów. Ten sezon "Fargo" to czysty ideał od pierwszej do ostatniej minuty. Czemu więc nie miejsce pierwsze i co wygrywa z ideałem?

2. "Mr. Robot". Z ideałem wygrywa "Mr. Robot" - serial, który chodzącą perfekcją z pewnością nie jest, ale który doceniam za to, jak bardzo rył beret, miażdżył system (w sensie metaforycznym i dosłownym), rozpalał Reddita do czerwoności i zmuszał nas do szukania twistów w twistach. Przed premierą nikt chyba nie sądził, że da się stworzyć coś świeżego na tak oklepany temat, jak alienacja jednostki w świecie rządzonym przez korporacje. Samowi Esmailowu udało się i to, i wiele innych rzeczy. "Mr. Robot" nie jest tym, czym spodziewaliśmy się, że będzie, a Rami Malek gra bohatera jeszcze bardziej skomplikowanego, wyobcowanego i pokręconego, niż wydaje się na początku. Zdjęcia, muzyka, scenariuszowe zwroty akcji i zmyłki - wszystko tu ma swoją rolę do odegrania i wszystko służy temu, by budować zadziwiająco spójny świat, po którym porusza się główny bohater. Świat, w którym od kawałka kodu może zależeć nasze życie, nasza tożsamość i to, czy jesteśmy żebrakami, czy królami. Nasz świat - czy chcemy tego, czy nie.

1. "Mad Men". Z ideałem wygrywają wreszcie ogromne emocje, których dostarczyło mi w tym roku "Mad Men". Do dziś nie mogę przestać myśleć o finałowej podróży Dona Drapera, a odcinki od "Lost Horizon" do końca serialu znam chyba na pamięć. Rok i dwa lata temu zdarzyło nam się serial krytykować, teraz wypada tylko pokłonić się Matthew Weinerowi, bo jest mistrzem. Bardzo dokładnie wiedział, jak zakończyć i całą opowieść, i każdy wątek z osobna, a finałowa scena zostanie ze mną na zawsze jako słodko-gorzkie podsumowanie i tej niezwykłej epoki, w której dzieje się "Mad Men", i prawdopodobnie życia każdego z nas, z wszystkimi naszymi próbami ucieczki od tego, kim jesteśmy. Nie mogło być w tym roku innego numeru jeden na mojej liście. Oby wszystkie seriale tak się kończyły.