10 najlepszych seriali 2015 roku wg Nikodema Pankowiaka

"The Jinx" (Fot. HBO)

"The Jinx" (Fot. HBO)

Kolejny dzień, kolejne nasze roczne podsumowanie serialowe. I znów inny zwycięzca!

Kolejny już raz mogę powiedzieć, że był to wspaniały serialowy rok. Oczywiście nie był on wolny od rozczarowań, o których napiszę w innym tekście, ale chyba pierwszy raz naprawdę miałem problem z tym, jakie produkcje umieścić w moim rankingu. Do tej pory głowiłem się jedynie nad kolejnością seriali w moim top 10, w tym roku wyselekcjonowałem 17 tytułów i nie miałem pojęcia, co zrobić dalej. Ostatecznie chyba się udało i powstała dziesiątka, z której naprawdę jestem zadowolony. Bardzo prawdopodobne, że gdybym jutro usiadł do niej raz jeszcze, nieco bym ją poprzestawiał, ale ostatecznie chyba znalazło się tutaj wszystko, co powinno.

Musiałem jednak wspomnieć także o pięciu serialach, które do głównego rankingu się nie załapały, a są to: 15. Banshee; 14. Unbreakable Kimmy Schmidt; 13. Daredevil; 12. Jessica Jones i 11. Casual.

W porównaniu do rankingu z zeszłego roku zaszło znowu sporo zmian, choć tu już chyba nieuniknione w czasach, gdy każdego roku debiutuje tak wiele fantastycznych seriali. A teraz, już bez zbędnego przedłużania, 10 najlepszych seriali 2015:

10. "Rectify". Mam wrażenie, że im dłużej ten serial znajduje się na antenie, tym bardziej mnie urzeka swoją atmosferą, niespiesznym tempem i przepięknymi zdjęciami (sceny w basenie!). Decyzja o powrocie do sześcioodcinkowego sezonu okazała się trafna – fabuła została dokładnie rozpisana i nie ma tu miejsca na żadne przestoje. Oczywiście nie ma też co liczyć na wartką akcję, ale chyba nikt z tej garstki oglądającej "Rectify" na to nie liczył. Wygląda na to, że powoli, konsekwentnie cała historia zmierza ku końcowi i myślę, że nie zostało nam więcej niż 2 sezony. Chyba że twórcy zafundują nam jakiś nagły zwrot akcji, ale to byłoby zupełnie nie w stylu tego serialu.

W 3. sezonie produkcji Sundance jak zawsze błyszczy obsada, a na szczególne wyróżnienie zasługuje Abigail Spencer – to jej postać była w tym roku najbardziej złożona, to ona ma za sobą najwięcej scen, które na dłużej zapadły mi w pamięć. Twórcom "Rectify" naprawdę należą się ogromne wyrazy uznania – ten serial ogląda się tak, jak czyta się najwybitniejsze literackie dzieła.

9. "Narcos". W roku, w którym na Netfliksie debiutował kolejny sezon "House of Cards" i pojawiły się seriale Marvela, "Narcos" mogło przejść nieco niezauważone i niedocenione. Na szczęście krytycy w porę podłapali, że to produkcja najwyższych lotów, a moim skromnym zdaniem – najlepszy dramat wyprodukowany przez Netfliksa w tym roku. Przede wszystkim, jest to opowieść cholernie wciągająca, nawet dla tych, którzy znają historię Pablo Escobara i wiedzą, w jaki sposób się ona kończy. Polowanie na jednego z największych gangsterów w historii ogląda się wyśmienicie i tak naprawdę ciężko się zorientować, kiedy jeden odcinek zmienia się w drugi, a drugi w trzeci.

Największa w tym zasługa samego Escobara (bardzo dobry występ Wagnera Moury), który jest świetnie napisaną (przez scenarzystów i przez życie) postacią. Jak każdy prawdziwy gangster, kieruje się on w życiu pokręconym kodeksem moralnym i jest w stanie usprawiedliwić przed samym sobą każde działanie. Mimo to łatwo złapać się na tym, że w pewnym momencie zaczynamy mu nawet kibicować, bo wraz z każdym jego małym zwycięstwem, zabawa w kotka i myszkę między nim i agentami DEA się przedłuża. Mam jednak nadzieję, że nie będzie ona trwała w nieskończoność – o ile zamówienie 2. sezonu bardzo mnie ucieszyło, o tyle myślę, że na nim historia może się spokojnie zakończyć. Więcej odcinków byłoby już tylko zbędnym odwlekaniem tego, co i tak nieuniknione.

8. "Togetherness". Na co stać braci Duplass, wiedziałem już wcześniej, oglądając kilka z ich filmowych produkcji. Mimo to muszę przyznać, że "Togetherness" było dla mnie lekkim zaskoczeniem. Chyba nikt nie myślał, że wśród wszystkich wielkich produkcji HBO to właśnie ten skromny serialik okaże się produkcją najciekawszą i najbardziej dojrzałą.

Tym razem na warsztat wzięto pokolenie 40-latków, równie zagubionych w życiu, co ich koleżanki z "Dziewczyn". Pod płaszczykiem rodzin, domów, dzieci i ogólnej stabilności, kryją się ludzie niespełnieni, sfrustrowani, tylko udający, że dostali od życia wszystko, czego chcieli, a tak naprawdę poszukujący "tego czegoś", co mogłoby nadać ich życiu więcej sensu.

Mnie urzekł przede wszystkim klimat niezależnego amerykańskiego kina, tych wszystkich komediodramatów, które puszczane są na festiwalu Sundance… albo w HBO. Jest śmiesznie, jest smutno, jest poważnie, jest groteskowo – huśtawka nastrojów jest tutaj mocna, ale w gruncie rzeczy to bardzo prosta historia, od której ciężko się oderwać, bo pokazuje nas samych lub ludzi, których znamy.

7. "Catastrophe". Uwielbiam takie niespodzianki! O "Catastrophe" usłyszałem dopiero, gdy w Stanach serial zaczął pokazywać Amazon. Brytyjski Channel 4 wyemitował w tym roku dwa sześcioodcinkowe sezony – pierwszy na początku 2015 roku, drugi jesienią – i oba były równie fantastyczne. Sharon Horgan i Rob Delaney, którzy są producentami, scenarzystami, a także odtwórcami głównych ról, wykonali niesamowitą robotę, bo stworzyli najfajniejszą parę, jaką w tym roku mogliśmy zobaczyć w telewizji – Sharon i Roba.

Tytuł serialu jest dość przewrotny, bo choć związek głównych bohaterów faktycznie zaczyna się od katastrofy - czytaj: nieplanowej ciąży po kilku upojnych nocach, dalej jest już naprawdę nieźle. Co prawda tych dwoje niezwykle zabawnych i inteligentnych ludzi zaczyna lepiej poznawać się dopiero wtedy, gdy w brzuchu Sharon rośnie już ich dziecko, ale mimo to udaje im się stworzyć całkiem stabilny związek.

Choć bohaterowie są w mniej więcej tym samym wieku, co ci ze wspomnianego przed chwilą "Togetherness", ton serialu jest o wiele lżejszy. Królują przede wszystkim żarty o seksie, ale gdyby wszystkie żarty na ten temat prezentowały taki poziom, świat byłby lepszym miejscem. To produkcja dla wszystkich: dla tych, którzy lubią komedie romantyczne i dla tych, którzy ich nie znoszą, dla wielbicieli brytyjskiego humoru i tych, którzy lubią go w odpowiednich dawkach, dla…

Dla Was. Po prostu. Obejrzyjcie koniecznie.

6. "Mad Men". Czapki z głów przed Matthew Weinerem! Nawet gdy krytykowaliśmy "Mad Men" za spadek formy, on konsekwentnie prowadził nas obraną wcześniej ścieżką. Ścieżką, która zaprowadziła nas do najlepszego finału, jaki tylko mogliśmy sobie wyobrazić. Nasze pożegnanie z Donem Draperem i pozostałymi bohaterami wypadło znakomicie i wypada tylko życzyć sobie, aby jak najwięcej seriali w taki sposób schodziło z anteny.

Ciężko mi powiedzieć, która ze scen z finałowego sezonu zapadła mi najbardziej w pamięć – Peggy i Roger pijący w pustej siedzibie firmy, Don przytulający bez słów obcego mężczyznę, jego pożegnanie z Betty, a może ostatnia scena… Ciężko wybrać ten jeden jedyny moment, bo druga część 7. sezonu "Mad Men" to bez wątpienia zbiór takich perełek. Nie będę dalej rozpisywał się na temat tej produkcji – powiedzieliśmy już chyba wszystko, co można było powiedzieć, a jeszcze będziemy chcieli o niej w najbliższych dniach wspomnieć.

5. "Mr. Robot". Właściwie nie wiem, co w "Mr. Robot" zachwyciło mnie najbardziej – genialnie rozpisani bohaterowie, nie tylko Elliot, ale także ci z drugiego planu, fabuła sprawiająca, że wszędzie doszukujemy się zwrotów akcji, czy niesamowite zdjęcia.

W jednym z odcinków twórcy puścili do widzów oczko, przemawiając ustami jednego z bohaterów: "Idę o zakład, że jakaś telewizja właśnie pracuje nad serialem, który zmieni postrzeganie hakerów". Mieli rację, choć "Mr. Robot" zrobił dużo więcej – pokazał nam, jak wielkim złudzeniem jest nasze życie. Wystarczy jeden utalentowany haker, kilka komend wpisanych na jego komputerze, by z bogacza zrobić biedaka i na odwrót. Ten serial może być dla wielu brutalnym przebudzeniem - rak wygląda rzeczywistość XXI wieku, nawet jeśli próbujemy nie przyjmować do tego wiadomości.

Absolutnie wszystko jest tutaj na najwyższym poziomie i nie dziwię się krytykom, którzy uważają ten serial za najlepszą produkcję tego roku. Co prawda u mnie nie znalazł się na szczycie, były rzeczy, które zachwyciły mnie jeszcze bardziej, ale to chyba właśnie ten serial był dla mnie największym zaskoczeniem tego roku – pojawił się znikąd i z miejsca stał się sensacją.

Jednak jak zwykle w przypadku tak głośnego debiutu, pojawiają się wątpliwości – czy kolejny sezon na pewno mu dorówna… Mocno trzymam kciuki, aby się udało.

4. "Master of None". Z kolei "Master of None" nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem. Aziz Ansari udowodnił nie tylko w "Parks and Recreation", że jest świetnym komikiem – robił to także w swoich stand-upach, gdzie błyszczał celnymi diagnozami i błyskotliwym poczuciem humoru. I dokładnie taki jest jego serial – inteligentny i pełen dystansu do pokolenia trzydziestolatków, którzy nie za bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić, a drobnostki potrafią sprowadzać do rangi największych problemów stulecia.

Ansari doskonale piętnuje rasizm, który w XXI wieku jest wciąż ogromnym problemem, także w przemyśle telewizyjnym, czy żartuje sobie z ludzi, myślących, że są bohemą, bo odwiedzają modne miejsca. Zaprezentowany tutaj humor to naprawdę najwyższa półka – wszystko to, co widzowie mają okazję zobaczyć, nie spływa po nich bezrefleksyjnie. Nawet jeśli głównym zadaniem "Master of None" jest dostarczenie widzom porządnej rozrywki, jest to rozrywka zmuszająca do refleksji. Zdecydowanie najlepsza komedia tego roku. Wielbiciele inteligentnego humoru nie mogą sobie tej produkcji odpuścić.

3. "Transparent". Zwycięzca mojego zeszłorocznego zestawienia. Rok temu "Transparent" było dla mnie tak wielkim objawieniem, że naprawdę bałem się, czy 2. sezon sprosta oczekiwaniom. Wszelkie obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione – już od pierwszego tegorocznego odcinka, właściwie to od jego pierwszej sceny, widać, że wciąż jest to dzieło wybitne. Twórczyni, Jill Soloway odsunęła się nieco na drugi plan i napisała scenariusz do tylko jednego odcinka, ale sam serial absolutnie na tym nie stracił. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że dzięki wciąż jest to produkcja świeża, bezkompromisowa i inteligentna. Na dodatek trudno zarzucić temu serialowi, że jest zwykłą propagandą środowiska LGBT – ten sezon dosadnie pokazuje, że to środowisko nie jest wolne od zakłamania i hipokryzji, z którą jego członkowie muszą się na co dzień mierzyć.

Soloway wystrzegła się błędów, jakie popełnili Lena Dunham czy Nic Pizzolatto – po sukcesie swojej produkcji nie uwierzyła we własną nieomylność i pozostała otwarta na pomysły innych. Być może to dzięki temu "Transparent" przestał być serialem, gdzie najważniejszy jest proces przemiany głównego bohatera w główną bohaterkę. Życiowe dylematy pozostałych członków rodziny wysunęły się teraz na pierwszy plan, dzięki czemu gwiazdy m.in. Judith Light i Amy Landecker mogą świecić jeszcze jaśniej. Oczywiście Pfeffermanów nadal trudno polubić, są rozwydrzeni, zapatrzeni w siebie i nie dostrzegają nic, co wystaje poza czubki ich nosów. Mimo to, razem tworzą oni świetny zespół – outsiderów, którzy najlepiej czują się we własnym towarzystwie, no bo w końcu kto lepiej zrozumie egoistę niż inny egoista?

Mały apel, ponieważ wiem, jak niewielu z Was rzeczywiście ten serial ogląda: oglądajcie! Już, teraz!

2. "Fargo". To wręcz niewyobrażalne, ale w 2. sezonie "Fargo" było jeszcze lepsze niż rok temu. I znów jest mi nieco żal, że ten serial nie trafia na szczyt mojego zestawienia, ale to tylko dowód na to, w jak pięknych serialowych czasach żyjemy. Właściwie nie wiem, od czego miałbym zacząć, skoro na łamach Serialowej wszystko zostało już o tym sezonie powiedziane…

Noah Hawley wypracował i utrzymał niesamowity, charakterystyczny klimat i to pomimo faktu, że do produkcji serialu zatrudnił tym razem także innych scenarzystów. Dziś bracia Coen mogliby zapytać go: "Gościu, jak Ty to robisz?", bo wiele wskazuje na to, że uczeń przerósł mistrzów. Ten sezon "Fargo" to makabreska w najlepszym wydaniu – spójrzcie tylko na to, jacy ludzie doprowadzili do wojny, która pochłonęła tyle żyć. Pierwszy kamyk ruszyła żona małomiasteczkowego rzeźnika, a zaraz za nim poleciała lawina. Największa przestępcza rodzina w okolicy to tak naprawdę głupkowate ćwoki, którymi musi zarządzać matka, bo inaczej prawdopodobnie długo by nie przetrwali. To oczywiście tylko najbardziej charakterystyczne przykłady – na przestrzeni całego sezonu było ich dużo więcej.

Warto zwrócić także uwagę na postaci drugoplanowe – Kirsten Dunst wychwalali już wszyscy, ale należy też mieć w pamięci tak genialne występy, jak ten Nicka Offermana czy Cristin Milioti. No i nie można zapomnieć o tym, jak ładna i zarazem zaskakującą klamrą Hawley połączył oba sezony – takiego obrotu spraw nie spodziewał się nikt, a z drugiej strony widać, że wszystko było od początku bardzo dokładnie przemyślane. Już teraz nie mogę się doczekać tego, co zobaczę w 3. sezonie. Szkoda tylko, że zadebiutuje on dopiero w 2017 roku.

1. "Przeklęty: Życie i śmierci Roberta Dursta". Nie każdego dnia telewizja daje widzom możliwość spojrzenia w oczy prawdziwemu złu. Nie co dzień też rzeczy, które możemy zobaczyć na ekranie, mają tak ogromny wpływ na to, co dzieje się w rzeczywistości.

"Przeklęty" to sześcioodcinkowy serial dokumentalny, który ciągu dalszego doczeka się tylko wtedy, jeśli napisze je życie. Choć to chyba pierwszy raz w historii Serialowej, gdy tak wiele miejsca poświęcamy produkcji dokumentalnej, musicie nas zrozumieć – jest ona lepsza niż większość kryminałów, jakie kiedykolwiek mogliście zobaczyć. Twórcy powoli odkrywają przed nami kolejne karty całej historii, jednocześnie coraz lepiej przedstawiając postać Dursta – milionera podejrzanego o popełnienie kilku morderstw. Wystarczy raz spojrzeć w jego oczy, aby zapamiętać go na długo, wystarczy choć przez chwilę wsłuchać się nieco w jego nieco skrzekliwy głos, by wrył się on nam pod czaszkę na długo.

Każdy z kolejnych odcinków sprawia, że jesteśmy coraz bardziej zafascynowani tą postacią, nawet jeśli nie opuszcza nas przekonanie, że nikt inny nie mógł dokonać tych morderstw. A może jednak Durst tylko wygląda jak uosobienie zła i tak naprawdę nie ma nic wspólnego z żadnym z zarzucanych mu czynów? Jeśli nie wiecie, jak ta historia się kończy, musicie zobaczyć ją koniecznie. Jeśli wiecie… Też musicie, choćby po to, że zobaczyć najlepszy serial kryminalny 2015 roku.

REKLAMA