10 moich największych rozczarowań 2015 roku

"House of Cards" (Fot. Netflix)

"House of Cards" (Fot. Netflix)

Ostatnio dużo piszemy o tym, co w 2015 roku nas zachwyciło, ale przecież rozczarowań niestety również nie brakowało. Oto kilka z nich.

Krótko i na temat – przed Wami lista 10 rzeczy, które w świecie seriali rozczarowały mnie w tym roku najbardziej. Oczywiście chętnie odpowiem na pytania w stylu "Dlaczego na tej liście nie ma…", ale już teraz mogę przedstawić skróconą wersję odpowiedzi – bo to lista subiektywna. Mogę tylko powiedzieć, że nie ma "Detektywa", bo recenzje 2. sezonu odstraszyły mnie tak bardzo, że nawet nie sięgałem po ten serial. Odpowiedzi na pytanie, dlaczego coś na tej liście jest, znajdziecie w rozwinięciu każdego z punktów. Kolejność przypadkowa.

Powrót "Luthera". Rzecz najświeższa. Neil Cross pokazał, jak łatwo ze świetnego serialu zrobić przeciętniaka – wystarczą dwie godziny. Sam powrót był już raczej niepotrzebny – nie wydaje mi się, aby ktoś szczególnie na niego czekał. I słusznie, bo jak się okazało – 3. sezon zdecydowanie powinien być finałowy. W najnowszej, dwugodzinnej historii nie zadziałało tak naprawdę nic – scenariusz był niesamowicie chaotyczny, czarny charakter raczej wzbudzał uśmiech politowania niż strach, a we znaki dawał się też brak Justina czy Alice. O ile Ripleya jeszcze całkiem udanie zastąpiła Emma (choć to pewnie dlatego, że mam słabość do Rose Leslie), o tyle "nowa Alice" okazała się totalnym niewypałem. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Cross nie wiedział. Końcówka tego na szczęście krótkiego sezonu sugeruje, że mogłyby powstać kolejne, ale mam nadzieję, że te plany zostaną szybko zrewidowane.

I tylko Idrisa Elby żal…

Forma telewizji ogólnodostępnej. Tak źle z telewizją ogólnodostępną nie było jeszcze nigdy. Wydaje się, że ABC, CBS i cała reszta wpadły w błędne koło, z którego już się nie wydostaną. Za sprawą kablówek i ich coraz bogatszej serialowej oferty oglądalność spada z roku na roku. Co za tym idzie, budżet na nowe produkcje jest coraz mniejszy. Im mniejszy budżet, tym mniejsza jakość. Im mniejsza jakość, tym mniej widzów. Inna sprawa, że duża w tym zasługa także zakutych łbów siedzących na najwyższych stołkach w tych stacjach – przegapili oni moment, gdy telewizja i gusta widzów zaczęły się zmieniać i zaślepieni niegdyś znakomitymi wynikami oglądalności, dalej serwowali stos takich samych procedurali i żałosnych sitcomów. Seriale ze stacji ogólnodostępnych są już niemal totalnie pomijane przy nominacjach do prestiżowych nagród (komedie trzymają się jeszcze jako tako), a dzisiaj zamówienia kolejnych sezonów dostają produkcje z oglądalnością na poziomie 4 milionów.

Ta jesień brutalnie udowadnia, że na nowe produkcje (nie)wielkiej czwórki nie ma już sensu czekać. Jeśli o takich serialach jak "Blindspot", "Quantico" czy "Limitless" można powiedzieć, że wyróżniają się na tle całej reszty – wiedz, że jest naprawdę źle.

Szósty sezon "Community". Punkt, który boli mnie chyba najbardziej. Miało być #sixseasonsandamovie, co wciąż jest możliwe, ale po tym, co zobaczyłem w 6. sezonie, na film czekam jakby mniej. Niestety, ale Dan Harmon, przekonany o swojej nieomylności, zepsuł własne dziecko. Nie pomogła mu w tym obsada – Yvette Nicole Brown "zdradziła" serial na rzecz "The Odd Couple" i nagle, w ciągu tak naprawdę kilkunastu odcinków, Siódemka z Greendale stała się Czwórką. Owszem, Paget Brewster wypadła całkiem nieźle, Keith David również, ale żadne z nich nie mogło równać się z byłymi członkami stałej obsady. Tak naprawdę cały 6. sezon był jednym wielkim odgrzewaniem pomysłów znanych z poprzednich lat. Oczywiście, nie mogło z tego wyjść nic dobrego, bo odgrzewane danie zawsze smakuje gorzej. Wśród tego całego festiwalu przeciętności wyróżniał się jedynie odcinek paintballowy (oczywiście) oraz sam finał, który był godnym zwieńczeniem tego niegdyś znakomitego serialu.

Szkoda, że wyszło, jak wyszło. Spodziewałem się, że Harmon rozwinie skrzydła mając większą swobodę twórczą, ale chyba chciał podlecieć za blisko słońca i się sparzył…

Netflix wciąż nie dla nas. Zapowiadamy go i zapowiadamy, uczepiamy się nawet najdrobniejszych znaków, które mogłyby świadczyć o jego rychłym wejściu do Polski, ale ostatecznie Netflix wciąż pozostaje poza naszym (legalnym) zasięgiem. Szkoda, bo oferta tego giganta robi się coraz bardziej imponująca, a tymczasem konsekwentnie omija on nasz kraj. Nie mam szczególnych wątpliwości - jeśli nie stanie się nic niespodziewanego, w 2016 roku będziemy cieszyć się z Netfliksa w Polsce, ale wtedy taka sama radość ogarnie pewnie większość świata. Czy nie byłoby fajniej, gdybyśmy mogli cieszyć się jego obecnością trochę szybciej niż reszta?

3. sezon "House of Cards". Przyznam szczerze, że jeszcze nie dokończyłem tego sezonu, jednak pozwalam sobie na zamieszczenie go w tym zestawieniu. Skoro niemal wszyscy zgodnie twierdzą, że odcinki 1-6 są najlepsze, a te mam już za sobą, stwierdziłem, że muszę zabrać głos. Co to, do ciężkiej cholery, jest?! Netflix i twórcy tej produkcji w pogoni za zyskiem postanowili rozciągnąć całą historię w nieskończoność. Co to oznacza dla widzów? Ano tyle, że z drapieżnego, brutalnego i dynamicznego serialu "House of Cards" zamieniło się w rozmemłaną historyjkę o prezydencie, który niegdyś rozgrywał wszystkich jak dzieci, a teraz nie potrafi poradzić sobie z żadnym kryzysem. Rozumiem, że Kevin Spacey i Robin Wright wciąż mogą robić wrażenie na ekranie, ale ich role nie są w stanie przesłonić nam faktu, że "House of Cards" wypadło z czołówki najlepszych seriali na antenie, zdecydowanie bliżej mu do przeciętniaka. No chyba, że ktoś ogląda pięć seriali w roku, wtedy może mieć inne zdanie.

Chciałbym tylko jeszcze tylko dodać, że 6. odcinek tego sezonu, który jest według wielu tym najlepszym, był tak skrajnie głupi, że aż boli głowa. Pierwsza dama Ameryki śpi sobie w celi politycznego więźnia w Rosji, a ten wiesza się na jej szalu? Błagam…

Nominacje do Emmy. Temat przerabiany każdego roku – kapituła przyznająca nagrody Emmy absolutnie nie nadąża za tym, co w telewizji świeże, nowoczesne i odważne. Przyznam szczerze, że jestem w tej kwestii ignorantem i nie mam pojęcia, kto w niej zasiada, ale wyobrażam sobie leśnych dziadków w stylu naszej Komisji Kontroli Gier i Zakładów, którzy najchętniej dalej nominowaliby CSI albo "Prawo i porządek", ale to byłaby zbyt duża żenada nawet jak na nich. Mam wrażenie, że w 2015 roku lista słusznie nominowanych była zdecydowanie krótsza od tych niesłusznie pominiętych. Co roku przynajmniej połowa listy zawiera pozycje obowiązkowe – "Downton Abbey" (!), "Modern Family" (!!!) wraz z obsadą, Edie Falco czy Jeff Daniels. Do tej pory nie rozumiem, jak statuetkę dla najlepszego dramatu mogła otrzymać "Gra o tron", która zaliczyła bardzo przeciętny sezon, a przy nominacjach całkowicie pominięto "The Affair". Odpowiedź chyba jest prosta – jurorzy faktycznie oglądają jedynie odcinki przesłane im wcześniej na płytach. Brzmi kuriozalnie, prawda? Ale z drugiej strony wyjaśniałoby, dlaczego te niegdyś prestiżowe nagrody w ostatnich latach tak bardzo zeszły na psy.

Serialowa oferta polskich telewizji. Wygląda na to, że polskie telewizje ogólnodostępne przestały nawet próbować zawalczyć o widza dobrą serialową ofertą. Czasy, gdy w prime time emitowani byli "Zagubieni" czy "Gotowe na wszystko" bezpowrotnie minęły – widocznie ktoś uznał, że Polacy zdecydowanie bardziej wolą rodzime produkcje. I oczywiście nie ma nic złego w kulturowym patriotyzmie, szkoda tylko, że zamiast spróbować zaserwować widzom ambitniejsze produkcje, kończy się to na 165. sezonie "CSI: Kryminalne Zagadki Sandomierza" (dla mniej kumatych, "Ojca Mateusza") czy 20. serii "Rancza" (Netflix już szykuje remake z Ashtonem Kutcherem i Dannym Mastersonem). Teraz pozostaje pytanie – czy to polski widz jest tak głupi czy może jednak nasze rodzime telewizje tak leniwe? Obstawiam to drugie. Kablówki już zauważyły, że ambitniejsze produkcje również mogą zainteresować widzów i z różnym skutkiem, ale zaczęły serwować nam "Watahy", "Zbrodnie" czy inne "Pakty". Póki co daleko tym produkcjom do poziomu bardzo dobrych europejskich produkcji, ale ktoś przynajmniej próbuje.

Na porządne seriale zagraniczne w TVP czy na Polsacie już nie liczę. Nie w erze "Wspaniałego stulecia"…

"The Man in the High Castle". To miał być wielki hit. Amazon poczuł się na tyle pewnie, że poszedł na wojnę z Netfliksem i zapowiedział premierę w ten sam dzień, co "Jessica Jones". Choć nie znamy dokładnych danych o oglądalności obu seriali, to wnioskując po szumie w internecie, możemy założyć, że serial Netfliksa to starcie zdecydowanie wygrał. Trudno się dziwić – "The Man in The High Castle" to produkcja co najwyżej przeciętna. I mówię to zupełnie nieobciążony znajomością oryginału, bo styczności z książką Dicka nie miałem. Pilot serialu "kupiłem" w całości – widać było, że włożono sporo wysiłku w wykreowanie świata, gdzie naziści wygrali wojnę. Niestety, dalej jest już tylko gorzej. Główni bohaterowie nie wzbudzają absolutnie żadnych emocji i przez większość czasu biegają bez sensu po ekranie. Im dalej w las, tym scenariusz był coraz słabszy, a ja dziś nie potrafię sobie nawet przypomnieć finałowej sceny. Szkoda, ogromnie liczyłem na ten serial.

HBO i scjentolodzy. Gdy usłyszałem, że HBO – stacja, która w przeszłości wielokrotnie przekraczała kolejne granice, robi film dokumentalny o sekcie scjentologów, wiedziałem, że to będzie produkcja, która odbije się szerokim echem. Wiadomo było, że sekta mająca w swoich szeregach wpływowe postacie z Hollywood jest bardzo wrażliwa na punkcie jakiejkolwiek krytyki, dlatego też stacja zatrudniła 160 prawników na wypadek sądowych batalii. Dwugodzinny dokument pt. "Going Clear: Scientology and the Prison of Belief" zadebiutował w Stanach, narobił trochę szumu i za chwilę miał zostać wyemitowany w innych krajach, także w Polsce. Zorganizowana nawet pokaz prasowy, stąd nasza przedpremierowa recenzja. Na jej końcu znajdziecie też datę telewizyjnej premiery tego dokumentu, która… nigdy nie doszła do skutku. Z niewiadomych i do dziś niewyjaśnionych przyczyn emisja została wstrzymana, filmu nie znajdziecie też na HBO GO. Oczywiście sprawa nie dotyczy tylko Polski, ale także innych państw. Powodów już pewnie nie poznamy, można jedynie spekulować. Szkoda, że HBO, które tak chętnie chwali się swoimi kolejnymi sukcesami, nie potrafiło otwarcie wytłumaczyć widzom, dlaczego doszło do takiej sytuacji.

Zapowiedź powrotu "Prison Break". W tym roku telewizje, zwłaszcza te ogólnodostępne, ogarnęła jakaś gorączka w przywracaniu na świat starych seriali, które cieszyły się sympatią widzów 10, 20 czy nawet 30 lat temu. Jestem w stanie to zrozumieć – tonący brzytwy się chwyta. Gdy nie ma już pomysłów na nowe seriale, trzeba próbować zagrać na sentymentalnych nutach. Wiadomość o powrocie "Prison Break" najpierw mnie zaskoczyła, a później zniesmaczyła. To nie był dobry serial! To znaczy był, ale tylko w 1. sezonie, później staczał się coraz niżej i wreszcie osiadł na dnie, z którego już się nie odbił. Teraz FOX i twórcy tego serialu będą próbowali wmawiać nam, że to wybitna produkcja i tak naprawdę zawsze chcieliśmy do niej wrócić? Bzdura. Przypomnę zresztą, że serial zakończył się po 4. sezonie, bo tak swoimi pilotami zadecydowali widzowie, których na końcu została garstka. Czy tak odchodzą wielkie seriale, zasługujące na to, by wrócić po latach?

Pomijam już to, że po tym, co się wydarzyło w finale, kontynuacja wydaje się absurdalna.

To już wszystko. Na rok 2016 życzę Wam i sobie, aby kolejna taka lista nie musiała powstać.

Wszystkiego dobrego!