"Mozart in the Jungle" (2x01-05): Powrót króla

Najsympatyczniejszy na świecie serial o ekscentrycznym dyrygencie i jego orkiestrze powraca, by zaoferować nam jeszcze więcej tego wszystkiego, co widzieliśmy w 1. sezonie. I znów ogląda się go jednym tchem, mimo pełnej świadomości, że tak właściwie nie jest to nic wielkiego. Uwaga na spoilery z pierwszej części sezonu!

Drugi sezon "Mozart in the Jungle" rozpoczyna się od wyimaginowanej rozmowy Rodriga de Souzy z Wolfgangiem Amadeuszem Mozartem we własnej osobie. I choć ta rozmowa nie jest specjalnie głęboka i niczyjego życia natychmiast nie odmieni, serial Amazona w ten sposób już od pierwszych chwil z powrotem przyciąga uwagę widza. Nie wiesz, jak dobrze zacząć, zacznij od pogaduszki z mistrzem, potem już wszystko samo popłynie.

I rzeczywiście płynie, dokładnie tak jak w sezonie numer 1, lekko, wdzięcznie i sprawnie, sprawiając, że jeden odcinek zamienia się w drugi, drugi w piąty, a potem człowiek robi sobie przerwę tylko dlatego, że żal mu się tak szybko rozstawać się z tymi ludźmi i ich niezwykłym codziennym życiem. W drugim sezonie bohater grany przez Gaela Garcíę Bernala już tak bardzo nie zaskakuje - w końcu zdążyliśmy go bardzo dobrze poznać od tej najbardziej szalonej, ekscentrycznej strony - ale to nie znaczy, że jest mniej ciekawym obiektem do podziwiania niż rok temu. Rodrigo to wielki marzyciel i egocentryk jednocześnie, człowiek, który buja w obłokach, zapominając czasem o rzeczywistości, ale któremu wiele się wybacza, bo nie dość że jest zwyczajnie sympatyczny, to jeszcze spodziewamy się po nim rzeczy wybitnych. Spodziewamy się, że w końcu zobaczymy jego geniusz w pełnym rozkwicie. A jednocześnie zaczyna się przebijać wątek nie tyle może starzenia się, co dorastania, orientowania się, że dyrygenci młodsi i bardziej szaleni już czekają, by zająć jego miejsce.

On i jego relacja ze śliczną oboistką Hailey (Lola Kirke) - rozmawiają, ale nie o tym, o czym rozmawiają; całują się, ale nie naprawdę; on nie może żyć bez jej mate, ona jest w nudnym związku - to jedna z sił napędowych "Mozarta" i choć mam pewne wątpliwości, czy aby na pewno byliby oni dobrą parą, to zdecydowanie kupuję to wzajemne przyciąganie się i odpychanie. Nie ma w tym nic z bajki o Kopciuszku, bo Maestro, mimo wszystkich swoich dziwactw i siedzącego w nim potencjalnego geniuszu, pozostaje zwykłym chłopakiem, którego romans z dziewczyną z sąsiedztwa nikogo by nie dziwił. I dobrze. Ta jego przystępność, łatwość, z jaką wtapia się w miasto i nawiązuje kontakt dosłownie z każdym, czynią go znacznie ciekawszą postacią, niż gdyby był wyniosłym geniuszem. Tych w końcu widzieliśmy już na różnego ekranach całą armię.

Dokładnie tak jak wszyscy w serialu, Rodrigo przede wszystkim definiowany jest przez miłość do muzyki, od której wszystko się zaczyna i na której wszystko się kończy. W drugim sezonie dostajemy kilka dowodów na to, że nawet gdyby chciał zostać jednym z tych wielkich dyrygentów, którzy panują nad orkiestrą za pomocą strachu, nie potrafiłby. To nie jego styl. Jego styl to jeżdżenie przez cały odcinek po stolicy Meksyku - "Regresso Del Rey" to naprawdę świetny odcinek, którego nie trzeba było rozumieć w pełni, żeby się zakochać - w poszukiwaniu skradzionych skrzypiec i autentyczny żal, kiedy okazuje się, że ktoś z jego podopiecznych go oszukał.

Ale nie tylko jego wciąż da się lubić, "Mozart in the Jungle" to portret muzyków, którzy są zadziwiająco sympatycznymi ludźmi. Owszem, wszyscy gubią się w życiu, są lekko popaprani emocjonalnie i miewają momenty frustracji czy zawiści, ale koniec końców nie ma tu wzajemnej złośliwości, a rywalizacja o bardzo przecież prestiżowe pozycje wydaje się mało brutalna. To świat, w którym praktycznie nikt nikomu źle nie życzy i w którym można spełnić marzenia, nie podkładając świni wszystkim dookoła.

Spójrzcie tylko na Glorię - jakże się cieszę, że Bernadette Peters nam śpiewa! - która bardzo szybko zabiera się za realizację marzeń o śpiewaniu przed publicznością i nie potyka się na pierwszym kroku. Albo na Thomasa Pembridge'a, który postanawia poświęcić się komponowaniu. Albo na samą Hailey, która przebija się wreszcie do orkiestry i nawet ląduje na plakacie promocyjnym, a jednak nie spotykają jej większe złośliwości. To świat, którego nie ma, to bohaterowie, którzy są lepsi niż prawdziwi ludzie - a jednak dobrze ogląda się tę bajkę.

Nawet kiedy Hailey idzie do łóżka z dopiero co poznanym starszym od niej muzykiem (Delmont Mulroney), nikt z niej nie robi ofiary, a z niego podstarzałego playboya polującego na niewinne dziewczęta. Nie, to po prostu dwójka dorosłych osób, które najpierw spędzają wieczór na beztroskiej zabawie w miejscach tak specyficznych jak kręgielnia, a potem uprawiają seks i rozmawiają o życiu i muzyce, muzyce i życiu. I choć to doświadczenie coś wnosi do życia obojga, nie ma presji, żeby to kontynuować albo przesadnie analizować. Nikt tutaj nic nie musi.

Serial rok temu nie udawał czegoś więcej niż lekkiej i zwiewnej komedii o szalonym dyrygencie i jego orkiestrze - i to się nie zmieniło. Głębokich komediodramatów musicie poszukać gdzie indziej, "Mozart in the Jungle" to przede wszystkim rozrywka, dzięki której na parę godzin można oderwać się od rzeczywistości, posłuchać dobrej muzyki i nie zajmować się analizowaniem głębi, której nie ma. A jednocześnie nie można powiedzieć o "Mozarcie", że nie jest inteligentnie napisany - bo jest. Bo wielka sztuka tak zgrabnie połączyć autentyczną miłość do kultury wysokiej z rzeczami zupełnie przyziemnymi (jak walka o sponsorów), codziennymi, a czasem zwyczajnie bzdurnymi.

Dokładnie tak jak Rodrigo, serial Amazona ma zwyczaj improwizować, chadzać własnymi ścieżkami, nie zawsze w pełni orientując się, dokąd one prowadzą. Może się zdarzyć pobudka w mieszkaniu pełnym ulicznych muzyków u boku blondynki z dreadami. Albo przypadkowe spotkanie i kilka drinków ze słynnym oboistą. Albo zadziwiająca rozmowa na haju w środku nocy. Albo gra w kręgle w czarnej sukni. Albo szalona jazda po stolicy Meksyku. Albo gorący pocałunek z prawniczką w windzie (witamy Gretchen Mol!). Absolutnie nic nie jest wykluczone, bo wszyscy tutaj potrafią tak po prostu chwytać życie i nie roztrząsać godzinami konsekwencji. Aż chciałoby się sprawdzić, jak to jest żyć w ich świecie, nawet jeśli nie zawsze jest aż tak różowo. Bo ci ludzie praktycznie każde doświadczenie potrafią prędzej czy później przekuć w coś pozytywnego i każdy wieczór zakończyć spontanicznym tańcem.

Bohaterów "Mozart in the Jungle" zostawiam na razie w Meksyku, bo najwyższy czas zająć się kolejną porcją okropnych komedii z amerykańskiej Wielkiej Czwórki. Jeszcze się zobaczymy, a na razie wypada tylko oznajmić to co oczywiste: serial Amazona przez ten rok nie stracił nic a nic ze swojego uroku i świeżości. Oglądajcie!

REKLAMA