"Superstore" (1x01-04): Promocja na śmiech

Podczas gdy "Telenovela" ewidentnie nie wyszła, "Superstore" to pierwsza komedia NBC od dawna, która ma szansę się obronić. Wszystko dlatego, że prezentuje w lekki, zabawny, ale momentami też gorzki sposób świat, który wszyscy znamy, choć niekoniecznie "zza kulis".

To spore zaskoczenie: z dwóch sitcomów, które NBC wypuściło przedpremierowo w grudniu i kontynuuje w styczniu, już bez wsparcia "The Voice", większą szansę na przetrwanie ma "Superstore", który zaczynał ze słabszym wynikiem i nie ma Evy Longorii w obsadzie. W poniedziałek zanotował jednak przyzwoity wynik - 6,03 mln/1,7 - i to w starciu z "Supergirl" i "The Bachelor".

Być może jednak zaskoczona być nie powinnam, bo "Superstore" to Ameryka w pigułce. Praktycznie każdy kupuje w gigantycznych sklepach takich jak Wal-Mart, a kiedy ma się problem ze znalezieniem zatrudnienia, to właśnie najłatwiej się załapać. Oczywiście za płacę minimalną, bez większych perspektyw i nadziei, że będzie jakieś życie po tej pracy. Tę beznadzieję było widać choćby w "Rectify", gdzie menedżerką w supermarkecie została postać, która spokojnie mogłaby robić w życiu cokolwiek innego, i "Superstore" też tego problemu nie omija.

Justin Spitzer, który kiedyś był scenarzystą "The Office", napisał inteligentną komedię, która potrafi być lekka i wdzięczna, ale jeszcze lepiej wypada, kiedy uderza w poważniejsze tony. Czyli dotyka kwestii bardzo niskiej płacy i braku perspektyw, nabija się z absurdalnych pogadanek motywacyjnych dla pracowników, zahacza o takie tematy, jak rasizm, seksizm, nastoletnie ciąże, aborcja, religia, poprawność polityczna. Krótko mówiąc, to jest Ameryka środka (serial dzieje się w St. Louis, Missouri) - brzydka, mało atrakcyjna, mająca niewiele powodów, by wierzyć w American Dream. Ale dla wielu osób - imigrantów choćby - będąca szczytem marzeń, bo zapewniająca jako taki byt i stabilizację.

"Superstore" naprawdę mnie zadziwił tym, jak sprawnie wymieszał tę bardzo poważną przecież tematykę społeczną z głupiutką momentami komedyjką, w której widać inspiracją "The Office". Czyli mamy dorosłych ludzi, zachowujących się w pracy jak dzieci - wycinających sobie nawzajem numery, plotkujących, romansujących i nabijających się z szefa. Choć to nic nowego pod słońcem, to jednak komedie osadzone w miejscu pracy - wszystko jedno jakim - wciąż wydają się bardziej świeże niż sitcomy o grupkach przyjaciół z dużych miast, spędzających czas w kawiarniach. A Spitzerowi należy się dodatkowy plus za to, że pokazał nie biuro, nie agencję reklamową, a właśnie supermarket.

Choć nie wszystkie serialowe żarty trzymają poziom i nie wszyscy bohaterowie wydają się tak samo interesujący - przynajmniej na razie - trzeba przyznać, że "Superstore" zebrał bardzo przyzwoitą ekipę. Przede wszystkim nie zawodzą w głównych rolach Ben Feldman (Ginsberg z "Mad Men") i America Ferrera (amerykańska Brzydula). Feldman gra Jonaha, chłopaka, któremu ewidentnie powinęła się w życiu noga i który przychodzi do nowej pracy z przeświadczeniem, że jest trochę lepszy od wszystkich tutaj. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest niesympatyczny bohater, wręcz przeciwnie. Ale przy całym swoim uroku, Jonah na początku potrafi być niezłym palantem, a i potem widać, że nie do końca tutaj pasuje. Z kolei America Ferrera wciela się w Amy, menedżerkę, której życie jest znacznie bardziej skomplikowane niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Właściwie nie wiemy jak bardzo, bo "Superstore" na razie raczej podrzuca tropy, niż odsłania karty. Wiadomo, że prędzej czy później ta dwójka będzie ze sobą romansować, ale już widać mnóstwo przeszkód na drodze do happy endu.

Jonah i Amy to siła napędowa "Supestore", zaś w tle już niestety jest różnie. Na pewno zadbano o to, abyśmy otrzymali pełen przekrój bohaterów. Mamy więc nastoletnią Cheyenne (Nichole Bloom), która jest w zaawansowanej ciąży, i jej niezbyt bystrego chłopaka. Mamy faceta na wózku, Latynosa i postawną dziewoję, której od pierwszej chwili Jonah wpada w oko. Mamy też bardzo typowego szefa w średnim wieku, Glenna (Mark McKinney), który traktuje wszystko ze śmiertelną powagą. W drugim odcinku gościnnie pojawia się Eliza Coupe w roli reporterki supermarketowej gazetki propagandowej i to także jest bardzo dobry występ.

"Superstore" na tym etapie nie jest serialem wybitnym, świeże pomysły i niezłe żarty mieszają się z totalną przeciętnością, jedne postacie lubi się mniej, inne bardziej itp. Ale działa zarówno jako wdzięczny sitcom o pracownikach, którzy robią różne głupie rzeczy dla odprężenia - na przykład urządzają wyścigi w wózkach na zakupy - jak i nowoczesna komedia, uderzająca w poważniejsze tony.

Bardzo bym chciała, żeby ta produkcja przetrwała, bo i obsada jest wyśmienita, i chemii nie brakuje, i korporacyjne żarty zdecydowanie do mnie trafiają. Choć po czterech odcinkach trudno stwierdzić, czy to będzie serial na miarę "The Office" - uważam, że spokojnie może się wyrobić - na pewno będę go dalej oglądać i chciałabym, aby amerykańscy widzowie też mu dali szansę. "Superstore" to z pewnością jedna z lepszych komedii, jakie amerykańskie stacje ogólnodostępne zaprezentowały w ostatnich latach - a to już coś.

REKLAMA