"The Shannara Chronicles" (1x01-03): Mogło być gorzej

"The Shannara Chronicles" (Fot. MTV)

"The Shannara Chronicles" (Fot. MTV)

Tytuł mówi sam za siebie, zachwytów nie będzie. Fakt, że mogło być gorzej, to jedna z największych zalet "The Shannara Chronicles" – produkcji, który miała wprowadzić MTV na wyższy serialowy poziom. Nic z tego. Spoilery.

"The Shannara Chronicles" to produkcja oparta na serii książek autorstwa Terry'ego Brooksa. Trzeba przyznać, że MTV wybrało materiał skrojony dokładnie pod swoich widzów - to raczej rozrywka dla osób poniżej 20. roku. Starsi widzowie również mogą się dobrze bawić, ale nie jest to już tak oczywiste. Książkom Brooksa zarzuca się czasem zbyt dużą inspirację czy nawet kopiowanie "Władcy Pierścieni". Nie zamierzam tego oceniać, ale wiem jedno - serialowe "Kroniki Shannary" z pewnością nie są "Władcą Pierścieni".

Zacznijmy od początku. Jest sobie królestwo elfów, a w nim drzewo, Ellcrys, które według legendy powstrzymuje pradawne demony przed powrotem na ziemię. Temu drzewu służy siedmiu Wybranych. To w dużej mierze na nich opiera się całe królestwo. Tym bardziej kuriozalne jest, że ich wyboru dokonuje się na zasadzie zawodów sportowych – Wybranymi zostaje pierwsza siódemka, która ukończy bieg, gdzie wszyscy mają związane ręce i zasłonięte oczy. Trochę dziwny sposób, aby stwierdzić, kto może zostać Wybranym, prawda? W wyścigu bierze udział księżniczka Amberle (Poppy Drayton) i mimo trudności kończy ona bieg oczywiście w pierwszej siódemce. Niedługo potem Amberle dotyka drzewa i przeżywa wizję, w której wszystkie elfy zostały wymordowane, a świat opanowały demony. W tym samym czasie z "zimowego snu" budzi się Allanon (Manu Bennett) – ostatni druid na ziemi, co zwiastuje nadejście trudnych czasów. Ellcrys zaczyna chorować, a każdy opadnięty liść uwalnia z otchłani jednego demona, co sprowadza na bohaterów niebezpieczeństwo.

Są jeszcze Will (Austin Butler, znany m.in. z "Pamiętników Carrie") – półelf, który tuż przed śmiercią matki otrzymał od niej legendarne kamienie elfów oraz Eretria (Ivana Baquero, czyli Ofelia z "Labiryntu Fauna") dziewczyna-wędrowiec. Drogi tej dwójki szybko się skrzyżują, w ciągu trzech odcinków wydarzy się to kilka razy, a w międzyczasie dołączy do nich jeszcze Amberle. W ogóle, patrząc na to, jak teoretycznie wielki powinien być serialowy świat, postacie wpadają na siebie zaskakująco często. O samych postaciach mogę powiedzieć niewiele – zwłaszcza w pilocie prezentują się jak kartonowe makiety. Wymuskane kartonowe makiety – z racji tego, że to serial MTV, wszyscy bohaterowie muszą być piękni, a ich zęby lśnią tak, że aż razi w oczy (niesamowitej pasty używają te elfy). W trzecim odcinku jest już trochę lepiej i powoli zaczynają się oni zmieniać w postaci z krwi i kości, tak więc jest jeszcze szansa na to, że będzie dobrze.

Wszystko, absolutnie wszystko w tym serialu jest takie… średnie. Widać, że twórcy się starali i chcieli dać nam jak najbardziej dopracowany, przynajmniej w warstwie wizualnej, produkt, ale efekt końcowy pozostawia sporo do życzenia. Nowa Zelandia jest niesamowicie fotogenicznym miejscem i "The Shannara Chronicles" tylko to potwierdza. Gorzej, gdy widzimy sceny z efektami specjalnymi - tutaj scena scenie jest nierówna. Momentami byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony tym, co MTV nam zaprezentowało, ale czasami czułem się z kolei, jakbym patrzył na grę komputerową – szczególnie nieprzekonująco wypadły Furie atakujące bohaterów. W pewnym momencie bardzo wyraźnie widać, że twórcy używali czasem makiet. Powiało trochę "Power Rangers". Reasumując, nie jest źle, ale też nie ma powodów do zachwytu. Jeśli tak jak ja zachwycaliście się zwiastunami serialu, powinniście wiedzieć, że ostatecznie wcale nie jest tak kolorowo.

Mimo to przedstawiony świat jest całkiem intrygujący – akcja serialu dzieje się w dalekiej przyszłości, gdy po apokalipsie za ziemię ponownie zawitała magia, a wraz z nią elfy, demony i tym podobne. Co jakiś czas widzimy wraki statków czy doszczętnie zardzewiałe auta i choć absolutnie nie wpływa to znacząco na sam serial, to jednak dodaje mu nieco smaczku. Doskonale wygląda czołówka (nieco zmieniona w trzecim odcinku), ale to chyba nie świadczy najlepiej o samym serialu, jeśli to właśnie ją zapamiętałem najlepiej. Fabuła prowadzona jest jak po sznurku – bohaterowie idą z punktu A do punktu B, później C, by za chwilę powrócić do punktu A. W każdym miejscu wykonują jakąś "misję", więc momentami można mieć wrażenie, że to jakaś bardzo liniowa gra komputerowa. Całkiem brutalna gra komputerowa, co w tym wypadku jest w sumie pozytywnym zaskoczeniem – krwawe sceny to chyba jedyny nieugrzeczniony element tej produkcji.

Niewątpliwie w serialu tkwi jakiś potencjał, nie jestem jednak pewien, czy zdecyduję się czekać z nadzieją na moment, gdy zamieni się on w naprawdę porządną rozrywkę. Obawiam się, że za chwilę fabułę zdominują rozterki sercowe, mamy tu w końcu sporą szansę na miłosny trójkąt, a cała reszta będzie tylko dodatkiem. Jeśli ktoś liczył na dojrzałe, mroczne fantasy, srogo się rozczaruje, pozostali widzowie mogą bawić się całkiem znośnie. "The Shannara Chronicles" sprawdzić można, ale nie trzeba. Ot, taki tam serialik, o którym zapominamy chwilę po obejrzeniu.

REKLAMA