"War and Peace" (1x01-02): Magia tytułu

To musiało się stać prędzej czy później – "Wojna i pokój" ponownie zagościła na małym ekranie. Tym razem za adaptację tołstojowskiej kolubryny wzięli się Brytyjczycy z BBC. Nic nowego tutaj nie zobaczymy, ale to nie znaczy, że od razu należy serial skazywać na porażkę.

Napoleon zagraża Rosji, więc ten wielki i dumny kraj zamierza go powstrzymać. Większość młodych ludzi wyrusza na wojnę, z której mogą już nigdy nie wrócić. Tak też czyni Andrei Bolkonsky (James Norton), dla którego walka na froncie jest niemal wybawieniem od pełnego rutyny małżeńskiego życia. Najlepszy przyjaciel Andreia, Pierre Bezukhov (Paul Dano), to młody idealista, który nie odnajduje się w politycznych i społecznych realiach carskiej Rosji. Ten nieopierzony chłopak jest traktowany przez wszystkich dookoła z ogromnym pobłażaniem, dopóki jego zmarły ojciec nie zostawia mu w spadku ogromnego majątku. Nagle Pierre, bękart swojego ojca, zaczyna piąć się w górę po drabinie społecznej, co będziemy mogli szybko zaobserwować. Jest jeszcze Natasha Rostova (Lily James), której ukochany również wybiera się na front, ale szybko orientujemy się, że nie jest to uczucie, które będzie trwało wiecznie. Losy tej trójki będą się przeplatać w kolejnych odcinkach i to na nich skupia się fabuła.

Zawsze gdy widzę, jak twórcy filmów czy seriali kolejny raz podchodzą do klasycznych powieści, zastanawiam się, dlaczego to robią. Czy naprawdę jest nam potrzebna następna wersja dzieła Tołstoja czy innych wybitnych pisarzy? Co nowego można tutaj powiedzieć? Jak zreinterpretować to dzieło, aby wnieść do niego powiew świeżości? Zdecydowanie uważam, że wszystko zostało już pokazane, a każde kolejne "odświeżenie" wielkiego dzieła będzie już tylko skokiem na kasę – w tym wypadku to przecież "Wojna i pokój", magia tytułu musi zadziałać. Wiadomo, że zawsze znajdzie się grupka widzów uwielbiających tego typu produkcje, co gwarantuje pewny zysk.

Tak więc do oglądania "Wojny i pokoju" zasiadłem nastawiony w najlepszym razie ambiwalentnie i po pierwszych dwóch odcinkach moja opinia pozostaje niezmieniona. Telewizyjna superprodukcja BBC mnie nie porwała, choć muszę przyznać, że została ona stworzona z rzadko spotykanym na małym ekranie rozmachem. Kostiumy i scenografia stoją na najwyższym poziomie i właśnie za tę dbałość o detale twórcom serialu należą się z całą pewnością wyrazy uznania. Sceny bitewne oczywiście nie mogą równać się z tymi, które możemy oglądać na ekranach kin, ale i tak jest naprawdę nieźle. Postarano się, abyśmy nie mieli wrażenia, że do całości zatrudniono tylko kilku statystów, a wszystkie niedociągnięcia przykryto odpowiednim montażem i pracą kamery.

Mnie "Wojna i pokój" nigdy nie pociągała – od Tołstoja zdecydowanie bardziej wolałem Dostojewskiego i być może dlatego przyjąłem cały serial niezbyt ciepło. Wielka klasyczna powieść o wielkiej wojnie i wielkich problemach miłosnych zdecydowanie do mnie nie przemawia. Mam wrażenie, że spora w tym "zasługa" obsady – z najważniejszych postaci na plus wyróżniłbym tylko Paula Dano, którego postać rzeczywiście jest jakaś. Cała reszta to tylko pionki, bez umiejętności tchnięcia życia w swoich bohaterów. Gillian Anderson pojawia się na ekranie niestety zbyt rzadko, aby móc zrobić swoją obecnością różnicę i wnieść trochę jakości.

A to właśnie nazwisko było główny powodem, dla którego zabrałem się za oglądanie tej produkcji. I jak już wiecie, nie chodzi tu o Tołstoja, ale o Lily James. Młoda Brytyjka staje się coraz bardziej rozpoznawalna, ale też nie mogę oprzeć się wrażeniu, że za chwilę zostanie ona zaszufladkowana jako aktorka nadająca się tylko do jednego typu produkcji. Była w "Downton Abbey", "Kopciuszku", teraz tutaj, a za chwilę zobaczymy ją w głównej roli w "Duma i uprzedzenie i zombie". Za dużo tych kostiumów, panno James, pora na coś nowego! Być może to kwestia przyzwyczajenia do jej postaci z "Downton Abbey", ale nie widzę absolutnie żadnej różnicy między Natashą Rostovą a Lady Rose.

Mimo tych wszystkich narzekań, chciałem powiedzieć, że "Wojnę i pokój" tak czy siak ogląda się całkiem nieźle. Wady są widoczne, ale mimo wszystko może przy tej produkcji spędzić całkiem przyjemnie czas, w końcu za scenariusz odpowiada tak naprawdę jeden z najwybitniejszych rosyjskich pisarzy. Szczególnie poleciłbym ten serial dwóm grupom – fanom literackiego pierwowzoru i/lub kostiumowych produkcji. Cała reszta może nie uwzględniać go w swoich planach, ale jeśli jednak zabierze się za oglądanie, nie jest powiedziane, że będzie żałować. W końcu to tylko 6 odcinków, a dla wielu to jedyna szansa, by poznać dzieło Tołstoja.

REKLAMA