"Agentka Carter" (2x01-02): Atomowa dziewczyna

"Agentka Carter" (Fot. ABC)

"Agentka Carter" (Fot. ABC)

Rok temu żegnaliśmy "Agentkę Carter" jako jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą, komiksową adaptację na małym ekranie. Potem jednak na placu gry pojawiły się seriale Netfliksa, które mocno namieszały w układzie sił. Czy Peggy Carter i spółka w drugim sezonie dadzą radę odeprzeć ten zmasowany atak? Spoilery z dwóch pierwszych odcinków.

Na pewno warto zauważyć, że twórcy serialu pozostali wierni swojej koncepcji i nie przeprowadzili wielkiej rewolucji w życiu bohaterki. Przygody Peggy nadal są mocno komiksowe i przesiąknięte klimatem retro, ponownie też próbują przemycić całkiem poważne tematy pod płaszczykiem lekkiej zabawy. Pewne zmiany w życiu panny Carter jednak zaszły.

Największą z nich jest przeprowadzka na Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Zmiana otoczenia z dość ponurego Nowego Jorku na słoneczne Los Angeles póki co wydaje się służyć naszej bohaterce. I nie mam tu na myśli tylko rewolucji w garderobie, bo Hayley Atwell we wszystkim wygląda równie dobrze. Choć jej widok w ciemnych okularach na pewno jeszcze przez jakiś czas zostanie mi w głowie.

Ważniejsza od stroju jest jednak zmiana, jaka zaszła w samej bohaterce. Pozycja Peggy w SSR w porównaniu z poprzednim sezonem uległa zdecydowanej poprawie. Co prawda Jack Thompson (Chad Michael Murray) skorzystał z pierwszej okazji, by wysłać ją jak najdalej się dało i bez kilku głupkowatych docinków się nie obeszło, to jednak wyraźnie widać, że nikt już nie traktuje Peggy z przymrużeniem oka. W Los Angeles szefuje jej Daniel Sousa (Enver Gjokaj), ale nie ma tu mowy o pobłażliwości ­– tym razem to w stu procentach partnerska relacja. Ten swoisty "awans" w oczach przełożonych jest o tyle istotny, że praktycznie likwiduje związane z bohaterką wątki seksistowskie, które rok temu miały ważną rolę w fabule.

Na razie trudno powiedzieć, czy to dobra wiadomość. Wiele zależy od tego, co twórcy wymyślą dalej i czy przypadkiem w zastępstwie nie zafundują nam jakiegoś uczuciowego trójkąta między Peggy, Danielem i jego nową miłością Violet (Sarah Bolger). Relacja między agentami Carter i Sousą była poprzednio na tyle subtelna, że oglądało się to bardzo dobrze i szkoda byłoby to teraz psuć. Zwłaszcza że główna linia fabularna wygląda obiecująco.

Mamy wszak zamarznięte zwłoki odnalezione w samym środku gorącego Los Angeles, tajemniczą organizację, z którą coś wspólnego ma nasza znajoma z poprzedniego sezonu – Dottie (Bridget Regan), polityka sterowanego przez małżonkę i w końcu dziwną, niebezpieczną substancję niezbadanego pochodzenia. Wszystko umieszczone u progu ery atomowej, z czego twórcy skwapliwie korzystają. To dość elementów, by ułożyć z nich wystarczająco smakowite danie, a trzeba pamiętać, że całość jest okraszona odpowiednią ilością akcji (świetnie zrobiony prolog wystarcza za dowód) i komedii.

Źródłem tej drugiej są w największym stopniu Jarvisowie. Liczba mnoga uzasadniona, ponieważ do znanego nam już Edwina (James D'Arcy) dołączyła żona, Ana (Lotte Verbeek). Para to oczywiście bardzo specyficzna, ale też wyjątkowo udanie wpisująca się w krajobraz Los Angeles. Jarvis co prawda narzeka na tutejszych mieszkańców, bo dodawanie awokado do wszystkiego nie mieści się w jego brytyjskim poczuciu smaku, ale w gruncie rzeczy on i Ana ze swoim ekscentrycznym stylem bycia pasują tu jak ulał. Podobnie zresztą jak różowy flaming Bernard, zdecydowany bohater początku sezonu.

Ma więc "Agentka Carter" sporo atutów po swojej stronie i tylko od twórców zależy, jak je wykorzystają. Trzeba bowiem pamiętać, że stąpają po dość cienkiej linii rozgraniczającej dobrą rozrywkę od kiczu. Choćby Jarvisowie są na razie niezłym uzupełnieniem drugiego planu, ale ich wątek jest o krok od taniego slapsticku, podobnie jak stosunki Daniela i Peggy są bliskie tandetnego melodramatyzmu. O ile jednak nie zostaną przekroczone pewne granice, to jestem w stanie to zaakceptować.

Tym bardziej, że "Agentka Carter" nadal potrafi zaskoczyć, wprowadzając między wierszami takie tematy jak rasizm czy seksizm - tym razem dotyczący hollywoodzkich aktorek. Nie można tu co prawda pochwalić twórców za szczególne wyrafinowanie (kwestie dotyczące dyskryminacji czarnoskórych wprowadzono okrutnie łopatologicznie), ale sama próba ich podjęcia jest czymś, co wyróżnia serial wśród konkurencji. Tej spoza Netfliksa oczywiście.

A skoro już przy tym jesteśmy, to wróćmy do pytania z początku - czy "Agentka Carter" dorówna poziomem do marvelowskich produkcji sygnowanych przez Netflix? Odpowiedź jest prosta – nie. Nie musi to jednak wcale oznaczać, że będzie źle. Zostaliśmy rozpieszczeni przez "Daredevila" i "Jessicę Jones", po których oczekiwania wobec komiksowych seriali poszybowały w górę, ale pamiętajmy, że nie wszystko musi być robione ze stuprocentową powagą i w mrocznym klimacie.

"Agentka Carter" to lekka rozrywka na przyzwoitym poziomie, garściami czerpiąca z kina przygodowego czy filmowych superprodukcji Marvela, zrobiona jednak z pełną świadomością własnego stylu, w tym jego licznych wad i zalet. W drugim sezonie nie straciła niczego ze swojego uroku (albo raczej Hayley Atwell niczego nie straciła) i nawet jeśli będzie gorzej niż poprzednio, a powodów do narzekania znajdzie się multum, to założę się, że znajomość z Peggy Carter sprawi nam równie dużo przyjemności co ostatnio.