Napisy piątkowe #10: Klatki, pamięć i szaleństwo

"Supernatural" (Fot. The CW)

"Supernatural" (Fot. The CW)

Minął miesiąc od ostatnich "Napisów piątkowych" – dziwnie szybko upłynęły te tygodnie. Bardziej odwlekać powrotu się jednak nie da, bo gdy u niektórych w ramówkach pustki, ja chwilowo nie wiem, za co powinienem się zabrać w pierwszej kolejności. Dzisiaj więc odwiedzimy kilku starych znajomych, a dodatkowo zaliczymy krótką wycieczkę do Australii. Spoilery.

Zacznijmy może od pytania dotyczącego "Supernatural". Kto obstawiał, że niejaki Lucek nie tylko wydostanie się na wolność, ale ze wszystkich aktorów wcieli się w niego akurat Misha Collins? Ja nie i choć chciałbym w tym momencie udawać nieco mądrzejszego, to akurat tego wręcz zupełnie się nie spodziewałem. Z drugiej strony, z radością przyjąłbym cały odcinek z Markiem Pellegrino, nawet jeśli ów zwrot akcji nie miałby miejsca. Wszystko, o ile oczywiście Lucifer w jego wydaniu dalej rzucałby żartami o debiutujących za moment na antenie stacji FOX przygodach diabła udającego detektywa.

W "The Devil in the Details" Lucifer momentami był zresztą, co całkiem zabawne, głosem publiczności. Owszem, nieco spóźnionym, ale nawet po latach dobrze było zobaczyć, jak ktoś tłumaczy Samowi (Jared Padalecki), że życie z weterynarzem i psem było durnym pomysłem. Co więcej, w tym udanym odcinku zamknięto również historię Roweny (Ruth Connell) i Crowleya (Mark Sheppard) – przynajmniej na jakiś czas – choć zgon tej pierwszej to bardzo smutne wydarzenie. Polubiłem tę wiedźmę.

Jednak najlepsze co pozostało po tej godzinie to świadomość, że Lucek w skórze Castiela i Crowley w jednym stali piekle. Za wszystko, co umieszcza Collinsa i Shepparda w jednym miejscu, należą się brawa. Kolejne tygodnie zapowiadają się naprawdę fajnie.

Jedna rzecz nie dawała mi spokoju po ostatnim odcinku "Flasha". Mianowicie to, jak mało z niego zapamiętałem. Telewizyjna wersja pewnego żółwia może i była ciekawa, ale tak naprawdę jego zbrodnie nie budziły żadnych emocji, choć powinny. Jasne, na samym końcu ponownie zobaczyliśmy Eobarda Thawne'a (Matt Letscher) i o tym trudno zapomnieć, ale i tak…

Rozumieć też, że twórcy musieli się "pozbyć" Patty Spivot (Shantel VanSanten), ale chyba zbyt szybko się to stało. Akceptuję, że musieli pokazać, że niejaki Wally West (Keiynan Lonsdale) lubi wysokie prędkości, ale to było zbyt proste. Może to jest część problemu z "Flashem" w ostatnich tygodniach, która powoduje, że niektóre wydarzenia nie budzą reakcji, a o innych się zapomina. Zbyt dużo rzeczy scenarzyści "muszą" pokazać, zamiast "chcą" pokazać. Tak jakby chęć opowiedzenia czegoś niesamowitego ustąpiła miejsca potrzebie utrzymania tego bardzo już zatłoczonego świata w ryzach. Jakby zarządzanie zasobami ludzkimi jednym w jakże zatłoczonym telewizyjnym świecie DC utrudniało obecnie opowiadanie ciekawych historii.

W ostatnich dniach zaliczyłem ponadto małą wizytę w krainie australijskich komedii. Wszystko przez "The Wizards of Aus", na które natrafiłem przypadkiem, nawet nie wiem, jak to się stało. A jest to produkcja absurdalna, śmieszna, niekiedy wręcz postrzelona – w dobrym znaczeniu tego słowa. Momentami zwyczajnie głupia, choć to taka urocza głupota. Te 6 krótkich odcinków było jak typowy sen miłośnika fantasy po solidnie zakrapianej imprezie, a Jack (Michael Shanks) wydawał się wręcz idealnym bohaterem dla tak dziwnej opowieści.

Podobało mi się szczególnie randkowanie w odcinku nr 3 oraz wieńcząca te minuty wizyta na księżycu. Świetne były również momenty, w których pojawiał się ktoś bardzo podobny do znajomych nam postaci, jak np. posiadacz płonącej czaszki znany jako Ghost Writer. Poważnie, "writer". Z kolei związki z jednorożcami były raczej dziwnym dodatkiem, ale nie dyskryminujmy naszych magów. Zresztą, niejaki Skulldrich (Mark Bonanno) miał fantastyczną chałupę.

Na koniec zostało wspomnieć o "Elementary" i odcinku "Murder Ex Machina". Dzięki tym 40 minutom dowiedzieliśmy się w końcu, gdzie się podział Clyde, a sprawa tygodnia bardzo szybko zamieniła się w międzynarodową zawieruchę. Zmieściła się w niej Ukraina, Rosja, oligarchowie, handlarze bronią, kilka morderstw, doki, porty, firmy IT – kolejność losowa – a i udało się zbudować całkiem ciekawy portret osoby autystycznej. Co więcej, rozwijała się całkiem sensownie.

Przyjemność mi sprawił ten odcinek. Podoba mi się także kierunek, w którym zmierza obecność Morlanda (John Noble) w Nowym Jorku. Powtórzę się pewnie, ale naprawdę doceniam tę niespektakularną solidność prezentowaną przez serial CBS w ostatnich tygodniach.

REKLAMA