"Legends of Tomorrow" (1x01): Pan Pond i ponuracy

"DC's Legends of Tomorrow" (Fot. The CW)

"DC's Legends of Tomorrow" (Fot. The CW)

Po miesiącach pełnych żmudnego przedstawiania lub przypominania o kolejnych członkach legendarnej drużyny herosów i złoczyńców w odcinkach "Arrow" czy "The Flash", "DC's Legends of Tomorrow" wreszcie zawitało na antenę The CW. Niestety tego, co nam pokazano w pierwszej części pilota, trudno nie nazwać rozczarowaniem. Uwaga na spoilery.

"Pilot, Part 1" rozpoczyna widok na Londyn w roku 2166, który opanowywany jest właśnie przez Vandala Savage'a (Casper Crump). Oczywiście Vandal, który w swoich poprzednich występach wydawał się raczej nijaki, od początku zadbał o to, abyśmy przypadkiem go nie polubili. Niezależnie od motywacji, mordowanie nieletnich to jednak niecodzienna sprawa, choć zaznaczyć wypada, że nawet w tym momencie Casper Crump był co najwyżej poprawny.

Następnie poznajemy Dokto…, wróć, wkurzonego pana Pon…, znowu, Ripa Huntera (Arthur Darvill), który po płomiennej przemowie skierowanej w stronę swoich zwierzchników udał się do czasów nam współczesnych. Później przychodzi czas na przywitanie całej ferajny i danie im szansy na dołączenie do wspaniałej misji (samobójczej) uwolnienia świata od pana Savage'a – misji oczywiście niesankcjonowanej. Tak to jest, kiedy zamordowane w Londynie w roku 2166 dziecko i matka okazały się rodziną wspomnianego Ripa.

Jeżeli do powyżej opisanych wydarzeń dorzucimy kilkanaście rozczarowujących minut w 1975 roku, to tak naprawdę mamy przed sobą cały odcinek. No dobrze, nie wspomniałem jeszcze o wątku Aldusa Boardmana (Peter Francis James), zwyczajowym jęczeniu większości ferajny załadowanej na pokład Waveridera, a także krótkiego i nudnego występu Chronosa. Poza tym jednak naprawdę nie ma w tym odcinku nic więcej. Oczywiście jest to dopiero pierwsza część pilota, ale i tak nie mogę pozbyć się wrażenia, że tego wszystkiego było zbyt mało.

Oczywiście premierowy odcinek "DC's Legends of Tomorrow" miał kilka zalet, choć to może zbyt mocne określenie. Cieszyło bardzo, że Kanarek wciąż jest Kanarkiem i to niezależnie od koloru kubraczka. Zresztą obserwowanie Sary Lance (Caity Lotz), kiedy kogoś bije, to zawsze miły widok. Całkiem ciekawie rozwinął się wątek Aldusa Boardmana, a i zawierał bardzo przyjemny zwrot akcji. Podobało mi się, że powiązano go z poprzednimi wcieleniami Kendry (Ciara Renée) i Cartera (Falk Hentschel). Bycie śmiertelnym dzieckiem nieśmiertelnego w sumie duetu zawsze dobrze sprzedaje się w telewizji. Z drugiej strony nawet tutaj zaliczono potężne potknięcie, bo trudno zrozumieć, dlaczego zgon Aldusa nastąpił w tak głębokim tle – możliwe że nawet poza kadrem – i dlaczego powodem była dyskusja o futbolu amerykańskim. Tak dziwnej decyzji nie da się obronić.

Wszystko inne w tym odcinku wypada przeciętnie lub słabo. W zasadzie nie widzimy przyszłości, a i z przeszłością niestety nie dano się nam dobrze zaznajomić. Niby byliśmy wszędzie, ale tak naprawdę nie zobaczyliśmy niczego. Przecież umieszczenie części akcji na uniwersyteckim kampusie w połowie lat 70. naprawdę dawało duże pole do popisu. Poza wymienioną już Sarą pozostali bohaterowie wypadają słabiej niż w seriach, w których debiutowali lub równie nieciekawie jak w nich. Przykładowo nie mogę się nadziwić, jak szybko z Jaksa (Franz Drameh) zrobiono nieznośnego malkontenta oraz jak mocno wyeksponowano jęczącą naturę Raya Palmera (Brandon Routh). Można oczywiście uznać, że Snart (Wentworth Miller) wypadł przyzwoicie, ale miał tyle dobrych momentów w "The Flash"…

Niestety wśród wszystkich postaci największy kłopot mam z Ripem Hunterem, bo po tych 40 minutach wychodzi na to, że Arthur Darvill nie powinien się nawet zbliżać do tej roli. Tak do końca nie ma w tym jego winy – część będzie obciążać autorów scenariusza. Niestety w tym odcinku Hunter przypominał wkurzonego pana Ponda udającego Jedenastego Doktora, który w chwili szału postanowił podkraść pistolet River Song. Pewnie jest to niesprawiedliwe porównanie, ale cóż, tam, gdzie istnieje możliwość podróżowania w czasie, Darvilla kojarzy się Rorym Pondem, bo przecież nie Williamsem.

Ostatecznie więc można znaleźć trzy główne przyczyny, które spowodowały, że trudno uznać pierwszy odcinek nowego serialu The CW za udany. Pierwszym jest Rip. Drugim jest brak wszystkiego, dosłownie wszystkiego, bo nawet strzępy powodów, które przyczyniły się do tego, że owa dziwna drużyna została uformowana, dałoby się bardzo szybko obalić. Trzecim jest nieobecność porządnego złoczyńcy, bo na tle wszystkich dobrze zagranych wrogów widzianych w serialach DC robionych na potrzeby The CW, Savage w wersji Crumpa ponownie wydaje się co najwyżej podrzędnym rozbójnikiem.

Największą przykrość po premierze "DC's Legends of Tomorrow" sprawia poczucie, że ogląda się coś zwyczajnie niechlujnego. Trochę jakby twórcy zachłysnęli się własnymi sloganami i materiałami promocyjnymi, a zamiast ciężkiej pracy postawili na wiarę, że zbiór drugoplanowych postaci i złoczyńców obroni się sam. Jasne, za tydzień może się okazać, że kolejna część pilota nas zachwyci, a z czasem sam serial zamieni się w wielki hit. Niestety na chwilę obecną akurat w to trudno jest uwierzyć.