Napisy piątkowe #11: Stawka większa niż odcinek

"Agent Carter" (Fot. ABC)

"Agent Carter" (Fot. ABC)

W ostatnim tygodniu w co najmniej kilku miejscach postanowiono podkręcić nieco tempo. Dzisiaj w "Napisach piątkowych" zwiedzimy więc kilka komiksowych światów, a i sprawdzimy, co tam słychać u wypucowanych elfów rodem z MTV. Znajdzie się także chwila na dołączenie do chórku śpiewającego pieśni pochwalne na cześć "Galavanta". Spoilery.

Podobnie jak w ubiegłym roku o tej samej porze, "Agentka Carter" udowadnia, że da się zrobić w stacji ogólnodostępnej ciekawy serial z marvelowskim logiem i nawet nie trzeba przy tym zbytnio kombinować. Wystarczy dobrze wybrać główną bohaterkę, dodać odpowiednią grupę postaci drugoplanowych, znaleźć wartego zachodu przeciwnika i dać im wszystkim coś interesującego do roboty. Proste, nie?

W "Better Angels" postępuje się dokładnie według przepisu i już teraz można docenić kierunek, w jakim zmierza cała historia. Spisek sezonu rozwija się bardzo ładnie, a dialogi niekiedy zaskakują. Cieszę się, że Jason Wilkes (Reggie Austin) wciąż jest z nami, a i przyszło nam obserwować Howarda Starka (Dominic Cooper) w pracy. Z zaciekawieniem śledzi się też losy Whitney Frost (Wynn Everett), a jej interakcje z Peggy (Hayley Atwell) mam nadzieje, że są jedynie początkiem ich spotkań. Skoro już jesteśmy przy agentce Carter, to kiedy mówi, że chciałaby grać kowboja, człowiek uzmysławia sobie, iż z chęcią zobaczyłby Peggy pozbywającą się bandytów w jakiejś dziurze na Dzikim Zachodzie.

Tymczasem w "Kronikach Shannary" wciąż niestety praktykuje się potykanie o własne nogi. Przykładowo zaserwowano nam próbę gwałtu, a już kilka chwil później ów gwałciciel, czyli Cephelo (James Remar), radośnie stał się wybawcą wszystkich i całkiem fajnym facetem, który lubi wysadzać rzeczy w powietrze i zawsze ma coś złośliwego do powiedzenia. Bohater tygodnia się znalazł. Jeszcze jedno, czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Anallon (Manu Bennett) dorabia jako atrapa terapeuty cierpiącego na nadmiar klientów? Przecież on już chyba każdemu powtarza to samo!

Równocześnie dwie rzeczy całkiem mi się spodobały w odcinku zatytułowanym "Reaper". Pierwsza to drobnostka: sposób, w jaki wyeksponowano oponę na terenie toksycznym. Drobna rzecz, a tak ładnie odsyła nas do innych czasów. Drugą jest fakt, że zamach na Eventine'a (John Rhys-Davies) okazał się skuteczny. Fakt, że na tronie zasiada teraz demon w skórze króla, jest chyba obecnie jedynym powodem, jaki powoduje, że w ogóle warto zobaczyć, co zdarzy się w następnym odcinku.

W ostatnich dniach wiele się zdarzyło w fabryce seriali DC na antenie The CW z oddziałem zamiejscowym w CBS. W "Legends of Tomorrow" zobaczyliśmy zgon Cartera Halla (Falk Hentschel), który spowodował, że teraz przynajmniej motywacje jednej bohaterki powinny kogokolwiek obchodzić. Sam odcinek był trochę lepszy niż poprzedni, a i Sara (Caity Lotz) miała okazję kogoś pobić, więc za bardzo nie chciałbym narzekać. Równocześnie po tych dwóch odcinkach widać bardzo mocno, że już za kilka godzin nasze legendy potrzebować będą potężnego zwrotu akcji. Mało kto jest w stanie latać sobie w czasie i przestrzeni bez ładu i składu, a już teraz wiadomo, że ekipa Ripa Huntera (Arthur Darvill) nie jest w stanie.

lgn102a_0292b

Lecz nie tylko w najmłodszym dziecku złożonym z prefabrykowanych komiksowych elementów działy się rzeczy istotne. W "The Flash" okazało się niestety, że podróże w czasie nie są tak fajne, kiedy inna ekipa może polecieć, gdzie im się tylko podoba. "The Reverse-Flash Returns" uratowane zostało na szczęście przez młodszą wersję Eobarda (Matt Letscher) i Cisco (Carlos Valdes), którego kolejne kroki w stronę bohaterskiej przyszłości oglądało się z przyjemnością. Z kolei najstarszy z rodzeństwa, czyli "Arrow" umożliwił Felicity (Emily Bett Rickards ) poużalać się nad sobą, a równocześnie m.in. zastrzelono Amandę Waller (Cynthia Addai-Robinson). Dziwna kombinacja, choć dzięki obecności Shadowspire da się to wszystko jakoś wyjaśnić. Na marginesie, chyba znowu bardziej podobał mi się "Arrow" niż "The Flash" i bardzo mnie to martwi.

Pozostaje jeszcze w dwóch zdaniach wspomnieć o "Supergirl". Wydało mi się bardzo ciekawe, że tak szybko sięgnięto po drugą rasę zamieszkującą Marsa. Całe szczęście, że w "Strange Visitor From Another Planet" udało się nie spartaczyć tej historii. Równocześnie warto zauważyć, że scenarzyści wreszcie znaleźli historie, z którymi całkiem nieźle sobie radzą. Za każdym razem, gdy bohaterowie wspominają o braku rodziny, nieobecnych lub zmarłych bliskich serial CBS jest zwyczajnie lepszy. Choć to może dziwne, że praktycznie wszystkie postacie dorobiły jakiegoś smutnego i dramatycznego rodzinnego wątku.

Na koniec chciałbym nieśmiało pochwalić "Galavanta". Nieśmiało, bo mam wrażenie, że ciągle go ostatnio chwalimy na Serialowej, tak jakby zwyczajnie był nam potrzebny do przetrwania tej zimy. Zapoznanie się z ostatnimi odcinkami znowu było czystą przyjemnością, samej bitwy wręcz nie można doczekać, a zaopatrywana przez księcia Harry'ego (Kemaal Deen-Ellis) zbrojownia zwyczajnie rozbrajała. Z każdym kolejnym odcinkiem człowiek zaczyna też rozumieć, że gdyby nie brak widowni, to niektóre rzeczy prawdopodobnie nigdy by się nie pojawiły w tym sezonie. A tak, skoro nikt nie patrzy…

richard-galavant-800x

Do zobaczenia!

REKLAMA