Napisy piątkowe #13: Alternatywny świat i okolice

"The Flash" (Fot. The CW)

"The Flash" (Fot. The CW)

Te napisy piątkowe powstały w nocy ze środy na czwartek, więc jeśli po drodze upadłaby cywilizacja, to z góry przepraszam za nieaktualność części akapitów. W tym tygodniu udamy się na Earth-2 z "Flasha". Odwiedzimy także dziwne krainy stworzone w "Supergirl" i w "The Magicians". Na koniec będzie o śpiewającym Esposito z "Castle" i o diable zwanym Luckiem, który wciąż ma ze sobą problemy. Spoilery

Trudno się pisze o ostatnim odcinku "Flasha". Niby była to raptem godzina, niby to dopiero część historii, ale aż trudno uwierzyć, że zmieszczono w niej tyle elementów o wiele lepszych niż praktycznie wszystko, co zaproponowano nam w poprzednich tygodniach. Zachwycało szczególnie to, jak Earth-2 wyglądało. Z chęcią bym się tam przeniósł. Taka mieszanka nowoczesności z odrobiną retro zawsze była wysoko na liście moich wymarzonych miejsc do życia.

Przyjemnie się oglądało lustrzane odbicia wszystkich bohaterów i zmiany w relacjach między nimi. Killer Frost (Danielle Panabaker) i Reverb (Carlos Valdes) zrobili świetne wrażenie w swoich złowrogich wariantach. a konfrontacja tego drugiego z "naszym" Vibe'em była niezwykle satysfakcjonująca. Z kolei te krótkie chwile z nowym Barrym (Grant Gustin) i jego życie warte będą dalszej eksploracji w następnym tygodniu. Ciekawie wyszła także niezapowiedziana inspekcja przeprowadzona przez Zooma oraz to, w jaki sposób potraktował swoich podwładnych – szybkie rozprawienie się z Reverbem i Deathstormem (Robbie Amell) było nieco szokujące. Porwanie naszego drogiego Flasha to z kolei raczej miłe zaskoczenie.

Jestem naprawdę zadziwiony, jak bardzo podobał mi się ten odcinek. Pomyślcie, nawet Jay Garrick (Teddy Sears) więcej robił, niż gadał. A jeszcze nie mówiliśmy o losie pewnego croonera oraz o rozmaitych drobnostkach, jak np. o tym, że znaleziono sposób na pokazanie nam Supergirl.

A skoro już wspominamy o Karze (Melissa Benoist) to w ostatnim odcinku "Supergirl" również młodsza panna Danvers wylądowała w innym świecie. Owszem, można by tutaj trochę ponarzekać na "For the Girl Who Has Everything", niemniej zaproponowano nam wycieczkę na planetę, którą większość widzów zna jedynie z nazwy.

Co więcej byłby to typowy odcinek "Supergirl", gdyby nie to, że ostatecznie Alex (Chyler Leigh) zabiła Astrę (Laura Benanti), a odpowiedzialność na siebie wziął Henshaw (David Harewood). Po drugie, trafiono z elementami komediowymi, bo Hank udający Karę to całkiem przyzwoity pomysł na sitcom. Zaskoczyła także liczba osób, jaką zaprzęgnięto do pracy nad rozwikłaniem zagadki tego, co przyssało się do drogiej Supergirl. Tak licznego zastępu cywili i więźniów przemieszczających się po siedzibie tajnej organizacji nie było od czasu... No dobrze, dość swobodny przepływ ludzi praktykowany jest w DEO na co dzień.

Zanim zakończymy, wypadałoby w skrócie jeszcze o kilku rzeczach. Po pierwsze, "The Magicians", w którym w tym tygodniu również zwiedzano dziwne rejony. Bardzo podobał mi się spokój, z jakim rozwijano tę historię. Wreszcie się nie śpieszono i nie skakano po wątkach. Zresztą sam szpital wyszedł ciekawie, a motywacje odpowiedzialnych za stan Quentina (Jason Ralph) były całkiem sensowne. Nawet zakończenie tego odcinka zaskoczyło, a losy Julii (Stella Maeve) nagle są chyba najciekawszą częścią tego wszystkiego. Swoją drogą, ktoś tam ma dobry pomysł na prowadzenie relacji wspomnianego wcześniej Quentina i Penny'ego (Arjun Gupta). Przeuroczy są ci dwaj w duecie, podobnie jak i ten pierwszy ze wspomnianą Julią.

Po drugie "Castle" zawitał ponownie na antenę ABC, a i całkiem śpiewająco przywitał się z nami po przerwie. Sprawa dotycząca grup śpiewających a capella, chyba jednak napisana została trochę za późno, aby ktoś się nią przejął. Może ze trzy lata temu tego typu temat byłby interesujący. Z drugiej strony uratował ten odcinek śpiewający Esposito (Jon Huertas). Scena, w której dołączył się on niespodziewanie do zbiorowego śpiewania, spowodowała, że moja mina była bardzo bliska tej, jaką miał w owej chwili Castle (Nathan Fillion). Po prostu świetny moment.

Na koniec, niestety niejaki Lucek (Tom Ellis) w tym tygodniu nie śpiewał, a przydałoby się. W "The Would-Be Prince of Darkness" miał dobre momenty, jak przeurocze poznanie osoby, która ukradła jego tożsamość – nieźle sobie człowieczyna cel wybrał, nie? Niestety jednak kolejny raz nasz klubowy diabełek do końca nie wiedział, czego chce, a tylko jego bardzo zasłużony wybuch na końcu odcinka ostatecznie zasługiwał na uwagę. Na pewno nie warto wspominać o sprawie tygodnia, która niestety była przerażająco głupiutka. A wracając do Lucyfera: może po prostu nie służy mu terapia?

Do zobaczenia za dwa tygodnie!

REKLAMA