"Z Archiwum X" (10x06): Aż nie chce się wierzyć

"Z Archiwum X" (Fot. FOX)

"Z Archiwum X" (Fot. FOX)

Chociaż trudno w to uwierzyć, to ostatni odcinek powrotu "Z Archiwum X" był nawet gorszy niż pierwszy. To, w jak fatalnym stylu kończy się ten sezon, niemal całkowicie przekreśla sens kolejnych sezonów, chociaż nie ma wątpliwości, że jeśli powstaną, to i tak znajdą widzów. Spoilery!

"My Struggle II" to jednocześnie druga część odcinka pierwszego odcinka minisezonu i jego zakończenie. I od razu warto podkreślić, że drugi odcinek ma jeszcze mniej sensu niż pierwszy. "Z Archiwum X" jest w tym skróconym, skondensowanym sezonie bardzo nierówne. Ale jedno widać wyraźnie: gdy za sterem jest Chris Carter, efekty są druzgocące. Już odcinek piąty nie był ani spójny, ani interesujący. Finał jest jeszcze gorszy.

Odcinki głównonurtowe (czyli pokazujące główny spiskowy wątek) nigdy nie utrzymywały tego samego poziomu. Zwłaszcza w sezonach 8 i 9 niektóre z nich bardzo trudno się oglądało, włącznie z okropnym finałem, "The Truth", który oparty jest na recyklingu scen i postaci. Wątek spiskowy działał w zasadzie tylko przez pierwsze sezony, później nagromadzenie wydarzeń, postaci, kolejnych przełamywanych barier w nielogiczności i zwykłej scenariuszowej drogi na skróty spowodowało, że główny spisek interesował już tylko najbardziej oddanych fanów. Liczba zwrotów akcji, kolejnych intryg i zdrad przytłoczyła ostatecznie wszystkich na pokładzie, łącznie z Chrisem Carterem. To jednak jeszcze nie usprawiedliwia okropnego bałaganu i nagromadzenia totalnych bzdur w tym odcinku.

Początek nie zapowiada wprost, że tym razem będzie aż tak źle. Zmiana Scully w kosmitę jest może i bardzo tanim chwytem, ale przynajmniej dość klimatycznym i zgodnym z tym, co o Scully i jej DNA już wiemy. Ale ponieważ cechą charakterystyczną całego sezonu jest to, że jest tak bardzo mało subtelny, to ta scena (jednocześnie część narracji Scully o jej życiu, identycznej jak Muldera w pierwszym odcinku) dobrze pasuje co całości.

Później jest już tylko gorzej. Przede wszystkim Mulder i Scully spędzają niemal cały odcinek oddzieleni od siebie, a Scully musi pracować z agentką Einstein. Co więcej, wraca Tad O'Malley i gigantyczna epidemia wirusa Spartan, która jest pierwszą częścią realizacji planu Palacza i kosmitów. Przynajmniej tak można się domyślać, bo nagromadzenie odkryć, wątków, kolejnych przyjmowanych niemal bez mrugnięcia okiem przez Scully faktów i tak dalej jest tak duże, że pozostaje tylko wrażenie ogromnego chaosu. Nie tak spodziewałem się, że będzie wyglądać początek wiele lat zapowiadanej apokalipsy.

Cały odcinek nie tylko nie pokazuje atmosfery grozy czy zagrożenia, ale też zwyczajnie nie ma sensu. Agent Miller potrafi odnaleźć paranoika Muldera za pomocą komputerowej aplikacji, która działa jak Google Maps. Ni z tego, ni z owego pojawia się agentka Monica Reyes, która - jak dowiadujemy się z retrospekcji - wspiera Palacza. I tak dalej. Wszystko to powoduje jedynie coraz większe zdumienie. Wrażenie "o co tu chodzi" jest dojmujące jeszcze przed cliffhangerem, który ma sens dokładnie taki, jak cała reszta odcinka i fabuły. Czyli żaden.Tak samo jest ze śmiertelnym zagrożeniem i chorobą Muldera, który może przeżyć tylko jeśli Scully odnajdzie ich syna Williama.

To, że "Z Archiwum X" zmieniło się w niskobudżetową i wyjątkowo płytką wersję filmu o ogólnoświatowej epidemii, można jeszcze wybaczyć. Ale chaos i bezsens panujący w tym odcinku jest niewybaczalny, jeśli brać pod uwagę dziedzictwo całego serialu. Jeżeli nie będzie sezonu 11, to koniec Muldera i Scully będzie rzeczywiście fatalny dla tych budowanych wiele lat postaci. I chociaż wyniki oglądalności były świetne (zwłaszcza na początku, ale i później wypadały przyzwoicie jak na Wielką Czwórkę), to koszmarny koniec stawia pod znakiem zapytania sens całego powrotu.

Być może problem wynika z faktu, że całość musiała zostać skompresowana w 6 odcinków. Przez to wiele wątków, które w innych sytuacjach miałyby więcej sensu (jak wprowadzenie dwójki nowych agentów, którzy mimo wszystko mają moim zdaniem potencjał), nigdy nie mogło rozwinąć się w pełni.

Ale ostatnie odcinki, a zwłaszcza koszmarny finał pokazują, że problem może być nieco głębszy. Nostalgia nie wystarczy, by opowiedzieć dobre historie. Szkoda, że Chris Carter tego nie zrozumiał, bo odcinki jego kolegów w tym sezonie uzasadniają powrót między innymi dlatego, że nie są tylko żerowaniem na sentymencie fanów. Kontrastem są odcinki spiskowe, wyjątkowo nieudane.

W minisezonie pracowicie budowano poczucie, że praca agentów "Archiwum X" ma sens, tak samo jak ich powrót. To było jedno z przesłań “Mulder & Scully Meet The Were-Monster”. Ale teraz już chyba nikt nie wierzy, że ten serial pod wodzą Cartera będzie czymś więcej niż zlepkiem kilku bezsensownych teorii. To największy cios, który "My Struggle II" zadał całemu projektowi. I dlatego nawet jeśli dostaniemy sezon 11, to w tej formule i w takiej jakości nie ma on żadnej racji bytu.

REKLAMA