"Bliskość" (2x01): W poszukiwaniu tego czegoś

"Bliskość" (Fot. HBO)

"Bliskość" (Fot. HBO)

Kameralny komediodramat HBO o pogubionych czterdziestolatkach powrócił i nie zmienił się nic a nic. "Bliskość" wciąż tak samo bawi, smuci i zachwyca swoją prostotą jak rok temu. Spoilery!

Kilka dni temu - ku własnemu zdziwieniu - chwaliłam powrót "Dziewczyn", dziś wypada docenić również "Bliskość", drugi poniedziałkowy komediodramat HBO, traktujący o wszystkim i niczym, rzeczach wielkich i codziennych, ciągłym gubieniu się i szukaniu światełka. W otwierającym 2. sezon odcinku "Hotels" bohaterowie niby są trochę starsi niż rok temu, niby wydaje im się, że trochę lepiej wiedzą, czego chcą, ale bynajmniej ich to nie zbliża do uzyskania poczucia spełnienia.

Początek odcinka może nieco dziwić, w końcu nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że Alex pokazuje kły, emanuje pewnością siebie i sypia z ładnymi dziewczynami (a dokładniej z Christy, którą gra Ginger Gonzaga). Sporo się u niego zmieniło i on sam też wygląda na odmienionego. Oczywiście nic się nie dzieje bez przyczyny, a tę poznajemy - my i zszokowana Tina - w ostatniej scenie. On wiele zrobił, żeby od niej uciec, ale to działa tylko dopóki dzieli ich odległość. Ona z kolei ewidentnie wciąż jest tą samą dużą dziewczynką, która wydaje się kompletnie sobie nie zdawać sprawy z konsekwencji tego, co robi.

To właśnie sceny z Amandą Peet są w tym odcinku najzabawniejsze i najsmutniejsze jednocześnie. Tina, zdesperowana i zagubiona jak nigdy dotąd, zwraca się ku Alexowi niemal instynktownie, fatalnie traktując zarówno jego, jak i swojego faceta. A przy tym wszystkim trudno się nie śmiać, widząc jej zmagania z idealnym prezentem w postaci 150-letniego kompasu za 4,2 tys. dolarów.

Drugi serialowy duet, Brett i Michelle, nie ma się bynajmniej lepiej. Kiedy on zdał sobie sprawę, jak mu na niej zależy, i całkiem szczerze obiecał, że będzie lepszym mężem, ją dręczą wyrzuty sumienia, bo przespała się z Davidem. Małżeńska katastrofa zbliża się nieuchronnie, a romantyczny spacer po Nowym Orleanie paradoksalnie tylko ją przyspieszy.

Nic więc się nie zmieniło, cała czwórka bohaterów wciąż wydaje się niesamowicie osamotniona, pomimo tytułowego "bycia razem". A mnie wciąż zachwyca, jak wiele bracia Duplass są w stanie zmieścić w pozornie zwyczajnych, banalnych scenach. Można powiedzieć, że "Bliskość" to kameralny serial o niczym i nie będzie to nieprawdą. Ale to też serial, który ma ogromną moc, tkwiącą w specyficznym sposobie, w jaki opowiada o emocjach. I w słowach bohaterów, i w tym wszystkim, co się dzieje między słowami, zawarto potężną dawkę intymności, sprawiającej, że czasem czuję się, jakbym podglądała tych ludzi, kiedy naprawdę nie powinnam.

To wszystko wydaje się do bólu prawdziwe, często strasznie depresyjne, a przy tym serial nie zapomina, że ma w sobie coś z komedii. Nie brak scen, które potrafią doprowadzić widza do łez ze śmiechu, i takich, które sprawiają, że śmiejemy się przez łzy. Zaś Amanda Peet, Steve Zissis, Mark Duplass i Melanie Lynskey wypadają we wszystkim tak samo naturalnie, sprawiając, że serial z łatwością przechodzi od lżejszego, komediowego tonu ku cięższym nutom - i z powrotem.

A przede wszystkim raz po raz dowodzi, że o wielkich emocjach można mówić subtelnie, nie zawsze wprost i nie zawsze za pomocą słów. "Bliskość" to serial malutki, prościutki, a jednak zapadający w pamięć. Bracia Duplass dbają o to, aby w każdym odcinku znalazła się choć jedna scena, która zostanie z widzami na dłużej. Czy będzie to karaoke, czy oświadczyny Bretta i mina Michelle, czy może kończąca odcinek rozmowa Alexa z Tiną, czy jeszcze coś innego - to już wasz wybór.

Ważne, że to wciąż działa i że życiowe pogubienie czterdziestolatków z Los Angeles - tym razem szukających "tego czegoś" w Nowym Orleanie - wciąż prezentuje się na ekranie tak samo świeżo jak przed rokiem. Dobrze mieć ten serial z powrotem na ekranie i oby drugi sezon był równie udany co pierwszy.

REKLAMA