Napisy piątkowe #14: Ponura przyszłość i imprezy

"Legends of Tomorrow" (Fot. The CW)

"Legends of Tomorrow" (Fot. The CW)

Tygodniowe przerwy w oglądaniu wszystkiego bywają trudne. Kiedy już człowiek zabiera się za nadrabianie, do końca nie wiadomo, za co się złapać w pierwszej kolejności. W tym tygodniu w "Napisach" będą oczywiście komiksy, detektywi i zgraja starzejących się nerdów. Szczególnie tych ostatnich nie mogło zabraknąć, pewien sitcom dobił właśnie do 200 odcinków. Spoilery.

Czy to tylko moje odczucie, czy w fabryce komiksowych seriali na antenie CW ktoś ostatnio rzeczywiście zapomniał włączyć światło? Wszędzie ta ciemność i mrok. W "The Flash", w dość przeciętnym "King Shark", wszyscy zaczęli tak intensywnie jęczeć, że aż w tle pojawił się Diggle (David Ramsey). Nasz drogi Spartan pewnie jest już tak wyćwiczony, że poczułby się nieswojo, gdyby było zbyt radośnie.

Wracając do samego odcinka, to naprawdę chciałem polubić tę godzinę. Przed samą emisją sądziłem, że skoro już funduje się nam jeden z tych momentów, w którym przeciwnik tygodnia wygląda raczej nieludzko, to przynajmniej będzie co oglądać. Niestety polowanie na dużą rybę wypadło nieciekawie, wszyscy byli zbyt przejęci tym, co zdarzyło się na Earth-2, a cały wątek z Wallym (Keiynan Lonsdale) i jego poznawaniem Barry'ego (Grant Gustin) okazał się kompletnym niewypałem.

Jedyne, co ratowało "King Shark" to przypuszczenie, że skoro już ujawniono, czyja twarz kryje się pod maską Zooma, to może sam serial po przerwie złapie drugi oddech lub jakikolwiek oddech. Nie wiem, zmieni się cokolwiek, co spowoduje, że oglądaniu kolejnych odcinków towarzyszyć będzie poczucie, iż przynajmniej część bohaterów ma jakiś sensowny powód, aby przebywać na ekranie.

Radośnie nie było też w "Arrow" – choć muszę przyznać, że z przyjemnością obejrzałem "Taken". Podobały mi się odwiedziny Vixen (Megalyn Echikunwoke), tym bardziej że nie była to animowana wizyta. Dobrze, iż zadbano o detale jak mina Laurel (Katie Cassidy), kiedy już ujawnione zostały wszystkie te Williamowe rewelacje. Zaciekawiła mnie w tym odcinku również decyzja o zniszczeniu totemu Darhka (Neal McDonough). Mam nadzieję, że doprowadzi to do jakiś interesujących konsekwencji.

W tym tygodniu nie mogę pominąć "Legends of Tomorrow", na które o dziwo nie chcę narzekać. "Star City 2046" po prostu miało trochę uroku i nie mówię tu podstarzałym Oliverze (Stephen Amell). Tożsamość Connora Hawke'a (Joseph David-Jones) była moim ulubionym elementem tego odcinka. Dodatkowo, patrząc na ostatnie lata w Starling/Star City, zaprezentowana w tym odcinku wersja przyszłości wyglądała całkiem rozsądnie i sensownie. Owszem, może nie Deathstroke junior (Jamie Andrew Cutler), a ktoś inny, ale nie spodziewałbym się, że po kilkudziesięciu latach rządzenia przez ludzi w kubraczkach to przeklęte miasto będzie wyglądać jakoś, hmm, lepiej.

Warta wspomnienia są jeszcze jedna rzecz. Wreszcie Sara Lance (Caity Lotz) miała coś więcej do roboty niż tylko bicie wszystkich dookoła. Oczywiście, i tak pobiła, kogo się dało, a i oglądało się to świetnie, jednak cieszy, że znalazła się w samym centrum historii. Na marginesie, skoro zobaczyliśmy raptem jeden wariant 2046 roku z wielu, to ciekawie byłoby, gdyby twórcy pokazali kolejne.

Żeby nie zrobiło tak zupełnie ponuro, to w "The Big Bang Theory" świętowano 200. odcinek i urodziny Sheldona (Jim Parsons). Zresztą przez ostatnie godziny próbowałem sam siebie przekonać, że owa impreza się udała, ale niestety nie jestem w stanie. Może oczekiwałem zbyt wiele od "The Celebration Experimentation"? Niemniej nawet gościnne występy były w tym odcinku nieszczególnie dobrze wykorzystane, a Sheldon i jego reakcje wypadły raczej nieśmieszne i przewidywalne.

Owo imprezowanie nie spełniło pokładanych nadziei, choć znaleźć można dwa przyzwoite powody, dla których warto przemęczyć się przez 20 minut. Po pierwsze jest to ten odcinek, w którym Kripke (John Ross Bowie) próbował poderwać Beverly Hofstadter, czyli matkę Leonarda, czyli Christine Baranski. Tak, Kripkie starał się wymówić słówko "cougar". Drugi powód jest jeszcze prostszy: śpiewający Stephen Hawking.

Na koniec muszę wspomnieć o "Elementary", bo scenarzystom wyszła całkiem ciekawa zagadka z maskami w tle, szczególnie że w "Who Is That Masked Man?" nie pominięto ich wad. Bardzo ciekawie rozwinięto też jeden wątek w tle. Relacje Sherlocka (Jonny Lee Miller) i Morlanda (John Noble) ponownie odwiedziły interesujące dla widzów rejony, a śledztwo w sprawie zamachu na tego drugiego trwa w najlepsze. Miło także, że wreszcie dowiedzieliśmy się czegoś o matce Sherlocka.

Pewnie powinien w tym czasie oglądać coś innego, ale niezmiennie się cieszę, że ostatnio istnieją rzeczy tak stałe, jak regularna dostawa przyzwoitych telewizyjnych godzin od twórców "Elementary".

Do zobaczenia!

REKLAMA