"Kroniki Shannary" (1x10): Elfy 90210

"Kroniki Shannary" (Fot. MTV)

"Kroniki Shannary" (Fot. MTV)

Elfy, demony, świat po apokalipsie i miłosny trójkąt – tak w skrócie można opisać 1. sezon "Kronik Shannary", który jest dokładnie tym, czym powinien być – niezobowiązującą rozrywką. Uwaga na spoilery z finału!

Mam problem z "Kronikami Shannary". To serial głupiutki, pełen dziur w scenariuszu, niedorzeczności i nieracjonalnych decyzji bohaterów. To serial, który chce być nieprzewidywalny, ale tę nieprzewidywalność można przewidzieć z łatwością – prawdziwym twistem byłby braku twistu. Serio, przyczepić można się do wielu rzeczy i właściwie trudno znaleźć dobry powód do oglądania – w końcu żyjemy w czasach, gdy naprawdę dobrych seriali nie brakuje. Mimo to z jakiegoś powodu obejrzałem cały sezon i stwierdzam, że "Kroniki Shannary" sprawdzają się doskonale jako guilty pleasure. Wystarczy nie zwracać uwagi na głupoty i można bawić się całkiem nieźle.

Tytuł recenzji jest nieprzypadkowy – twórcy, jeśli mieli ambicje stworzenia poważnego fantasy, musieli szybko je porzucić i skroić serial pod przeciętnego widza MTV – nastolatka żyjącego plotkami o gwiazdach i uważającego "Teen Wolfa" za najlepszy serial w historii. Oczywiście nie trzeba od razu krytykować takiego podejścia – nie wszystko musi być w końcu mroczne i ambitne. Tym samym dostaliśmy zupełnie niezobowiązującą produkcję, której oglądać absolutnie nie trzeba, ale jeśli postanowisz to zrobić, możesz uznać, że nie był to stracony czas.

Finał 1. sezonu "Kronik Shannary" był oczywiście kulminacją wątków z poprzednich odcinków. I w sumie ciężko stwierdzić, co tak naprawdę było dla twórców ważniejsze – fakt, że Amberle i Wil wyznali sobie miłość i wreszcie TO zrobili, czy jednak bitwa między elfami i armią demonów. Niestety, sam odcinek trochę rozczarował i do stosu fabularnych niedociągnięć dołożył kolejne, jedno z największych. Fakt, że bohaterowie zmierzali z Arborlon do Safehold niemal przez cały sezon, by później powrócić w dziesiięć minut, to piramidalna wręcz głupota. W międzyczasie zdążą jeszcze zaliczyć szybki numerek w jaskini, nie przejmując się faktem, że dookoła krąży armia demonów…

No właśnie, ta okrutna, ogromna armia, która miała siać śmierć i spustoszenie, jest kolejnym rozczarowaniem. Gdy przyszło do wielkiej bitwy o Arborlon, budżetowe ograniczenia wręcz kłuły po oczach. Jeśli to miała być epicka bitwa między dobrem a złem, do której szykowaliśmy się od początku sezonu, to trudno nie poczuć rozczarowania. W każdym ujęciu widzimy zaledwie kilku lub kilkunastu statystów biegających po planie i całemu starciu zdecydowanie bliżej było do "Xeny" niż "Gry o tron". Zresztą, skończyło się ono jeszcze szybciej, niż się zaczęło, więc tak naprawdę emocji było mniej niż podczas turniejów szachowych. Oczywiście pokonanie Dagda Mor to nie koniec zagrożenia, bo na horyzoncie pojawił się już nowy czarny charakter – Bandon. Póki co jest on zupełnie nieprzekonujący w swojej roli i szczerze mówiąc nie sądzę, by mógł mnie pozytywnie zaskoczyć w 2. sezonie.

Ten zapewne powstanie – zakładamy, że twórcy nie żartowali, gdy na koniec pojawił się napis "ciąg dalszy nastąpi" – i bardzo dobrze, bo mimo tych wszystkich niedociągnięć, chętnie zobaczę, co tak naprawdę stało się z Amberle po wejściu do Ellcrys i kim jest tajemnicza postać, którą na końcu rozpoznała Eretria. Oczywiście dojdzie do tego odpowiednia dawka romansu – już teraz wyobrażam sobie, jak Wil, pogrążony w smutku po stracie Amberle, związuje się z Eretrią, dopóki jego miłość nie powróci. I znowu, tak jak do tej pory, bohaterowie będą się w sobie zakochiwać, nienawidzić i znów zakochiwać… W końcu to taka "Plotkara" czy inne "Beverly Hills 90210" w wydaniu fantasy.

Osobiście liczę na to, że w kolejnych odcinkach zobaczymy jeszcze więcej ludzi i tego, co po nich zostało – Utopia czy zniszczone San Francisco wyglądały naprawdę dobrze i mam nadzieję, że będzie nam dane zobaczyć jeszcze podobne miejsca. Fakt, że cała historia ma miejsce w przyszłości, w świecie po apokalipsie, jest jedną z większych zalet "Kronik Shannary". Byłem też pozytywnie zaskoczony faktem, że efekty specjalne momentami były naprawdę dobre, a twórcy nie bali się pokazywania dość brutalnych scen. Inne plusy trudno mi wskazać, może poza tym, że z jakiegoś bliżej niewyjaśnionego powodu obejrzałem (momentami z prawdziwą przyjemnością!) cały sezon i zamierzam oglądać dalej. Jeśli szukacie serialu, przy którym można się zrelaksować i nie trzeba dużo myśleć, produkcja MTV jest doskonałym wyborem.

REKLAMA