"Happy Valley" (2x06): Bomba emocjonalna

"Happy Valley" (Fot. BBC)

"Happy Valley" (Fot. BBC)

Zakończenie drugiego sezonu "Happy Valley" spełniło pokładane w nim nadzieje – było mocne, emocjonujące i... skromne, co jednak w przypadku tego serialu nie powinno nikogo dziwić. Uwaga na finałowe spoilery!

Na pewno pamiętacie zeszłotygodniowy odcinek i solidny cliffhanger, z jakim nas on zostawił. Ujawnienie tożsamości mordercy przed wielkim finałem było odważnym i niecodziennym chwytem, ale to i tak nic w porównaniu z końcową sceną, która wywołała sporo dyskusji, no i oczywiście rzutowała na wszystkie wydarzenia, które zobaczyliśmy w zakończeniu.

Daryls-Death

Ostatecznie nie było żadnego zaskakującego zwrotu akcji, a krew na szybie należała dokładnie do tej osoby, do której miała należeć. Nie wiem, jak Was, ale mnie takie rozwiązanie w pełni satysfakcjonuje. "Happy Valley" nie jest serialem, w którym praktykuje się używanie tanich chwytów mających na celu wywołanie szoku u widzów. Punkt ciężkości leży tu zupełnie gdzie indziej, a brutalne sceny, choć ich przecież nie brakuje, nie stanowią celu samego w sobie, oddając pola słowom, w których zaklęta jest cała wielkość tej produkcji. Ten sezon, jak i jego zakończenie są tego najlepszym potwierdzeniem.

Kilka tygodni temu zastanawiałem się, czy uda się doprowadzić wszystkie tutejsze wątki do logicznej konkluzji. Nie rozczarowałem się – otrzymaliśmy wyjaśnienia dotyczące każdej z głównych historii, czyli morderstwa kobiet, zabójstwa Vicky Fleming i nękania Catherine przez tajemniczą osobę z otoczenia Tommy'ego Lee Royce'a. Każde inne, a jednak połączone osobą sierżant Cawood ułożyły się w bardzo spójną całość, potwierdzającą to, co widzieliśmy już po pierwszym sezonie, a więc, że "Happy Valley" to zdecydowanie bardziej dramat obyczajowy niż typowy kryminał.

Dramat skupiający się przede wszystkim na głównej bohaterce, ale nie tylko, bo finał aż kipiał od różnorodnych emocji. Poczynając od tragicznej historii Alison (Susan Lynch) i Daryla (Robert Emms), aż do budzącej sprzeczne uczucia ucieczki Johna (Kevin Doyle) przed sprawiedliwością. Trudno mi się zdecydować, od którego wątku zacząć, bo każdy został tak dobrze poprowadzony, że gdzie indziej byłby prawdopodobnie przewodnim. Jestem jednak dziwnie pewien, że w rękach kogoś innego niż Sally Wainwright, nie udałoby się stworzyć czegoś choćby w połowie tak dobrego jak tutaj.

Weźmy choćby historię Frances Drummond (Shirley Henderson). Wyjaśnienie jej pochodzenia wręcz narzucało "bombowe" zakończenie tego wątku z nią i Catherine w rolach głównych. Sam nawet coś takiego przewidywałem, obserwując, jak Frances montowała sobie materiał wybuchowe domowej roboty. Nie doceniłem jednak umiejętności twórczyni serialu, dla której takie rozwiązanie byłoby prawdopodobnie zbyt prostackie. Obyło się więc bez wojny, a mimo to starcie dwóch bohaterek mocno podnosiło ciśnienie.

Rozmowa Catherine z Frances to może nawet najlepsza scena całego serialu, zawdzięczająca to zarówno genialnie napisanym dialogom, jak i kapitalnym występom obydwu aktorek. Trudno to nazwać pojedynkiem na słowa, bo dostaliśmy raczej spokojną dyskusję, w której obydwie strony przedstawiły swoje argumenty i żadnej z nich w pewnym momencie nie można było odmówić racji. Frances ze swoim podejściem w stylu "potępiajmy grzech, a nie grzesznika" i chrześcijańską wiarą w drugą szansę w żaden sposób nie funkcjonowała tu jako czarny charakter. Została wyraźnie postawiona w roli kolejnej ofiary Tommy'ego, co zresztą najlepiej było widać w sposobie, w jaki zwracała się do niej Catherine. Ta mieszanka złości i współczucia, która malowała się na jej twarzy, i którą dało się wyczuć w jej głosie, świetnie podsumowywała również moje uczucia względem tej postaci. Może to jej bezbrzeżna naiwność, a może drobna fizjonomia kontrastująca z czynami, jakich się dopuściła, sprawiły, że patrzyło się na nią z litością, ale cokolwiek by to nie było, bez wątpienia wyszło pierwszorzędnie.

Podobnie zresztą jak wątek Johna, który dość niespodziewanie nabrał dramatycznego wymiaru. Ze wszystkich postaci tutaj on akurat od samego początku wzbudzał niechęć. Nie znajduję lepszego słowa na jego opis niż "obślizgły", co tylko potwierdził tutaj, próbując w ostatniej chwili umknąć oskarżeniom o morderstwo. Jego wysiłki w pewnym momencie zaczęły nawet wyglądać komicznie, co osiągnęło apogeum w scenie pościgu i "negocjacji", gdy na moment zapomniałem o powadze całej sytuacji i nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Żaden inny serial nie potrafi tak jak "Happy Valley" połączyć, wydawałoby się, bardzo odległych od siebie emocji w jednej scenie. Obserwując te wydarzenia, w końcu byłem już tak skołowany, że nie wiedziałem, czy wypada się raczej śmiać, czy płakać. Może więc po prostu powtórzę za Catherine: "What a shit week!".

Lepszego podsumowania chyba nie znajdziemy, bo emocje, jakimi poczęstowało nas "Happy Valley" to prawdziwie wybuchowa mieszanka. Tym trudniejsza do opisania, że na koniec jeszcze doprawiona kilkoma potężnymi ciosami. Wstrząsająca historia Alison, którą Catherine przedstawiła takim mimochodem, jakby spotykała się z tym codziennie, była przecież szokująca. Zwłaszcza w kontekście dwóch innych obrazków – widoku Tommy'ego z listem od Ryana i jego samego, radośnie bawiącego się z najbliższymi. To spojrzenie Catherine na końcu, myślicie, że to bardziej nadzieja czy strach?

Jasnej odpowiedzi nie ma, bo i "Happy Valley" nie jest serialem, który by takie oferował. Drugi sezon potwierdził, że pomimo kilku lżejszych momentów, jest to jedna z najcięższych produkcji, jakie oferuje brytyjska telewizja. Pozostawiając nas z otwartym zakończeniem w kwestii losów Catherine i jej bliskich, sprawiła, że ich dalszych losów wyglądam z równie wielką niecierpliwością, co niepokojem. Kolejny sezon wprawdzie nie dostał jeszcze zamówienia, ale patrząc na wyniki oglądalności i chęci twórców, wydaje się to tylko kwestią czasu (choć pewnie dość długiego, przynajmniej według słów Sally Wainwright). Oby, bo to prostu znakomity pod każdym względem serial, z którym chciałoby się zostać jak najdłużej.

REKLAMA