"The Ranch" (1x01-05): Ashton, krowy i alkohol

"The Ranch" (Fot. Netflix)

"The Ranch" (Fot. Netflix)

Kiedy człowiek przepracuje traumę, za jaką odpowiedzialne było "Fuller House", a na dźwięk zestawienia Netflix oraz sitcom przestanie dostawać drgawek, spędzenie odrobiny czasu z "The Ranch" nie będzie najgorszym pomysłem. Owszem, mogło być znacznie lepiej, ale też czego się spodziewać po serialu, który sprawia wrażenie, jakby powstał w zupełnie innej telewizyjnej erze.

"The Ranch" rozpoczyna się w momencie, kiedy w na ranczo Beau Bennetta (Sam Elliott) powraca jego młodszy syn, czyli Colt (Ashton Kutcher). Colt ostatnie kilkanaście lat spędził na próbach zrobienia kariery sportowej, a dokładniej na tułaniu się od jednej do drugiej drużyny, gdzieś na marginesach profesjonalnego futbolu – tak amerykańskiego, jak i kanadyjskiego. No dobrze, raczej na piciu, imprezowaniu, szlajaniu się wszędzie tam, gdzie się szlajać nie powinno i wykłócaniu się z kim się da.

Oczywiście czasy największej chwały Colta przypadły na okres szkoły średniej – stanowe mistrzostwa same się nie zdobywają – co ułatwia mu nieco życie, szczególnie że w Garrison w stanie Colorado takie rzeczy nie zdarzają się zbyt często. Łatwo mu za to nie będzie w domu, gdzie dach przyjdzie mu dzielić ze wspomnianym Beau oraz starszym bratem – Roosterem (Danny Masterson). Lokalny bar prowadzony jest z kolei przez matkę Roostera i Colta, czyli Maggie (Debra Winger), dzięki czemu za większość wypitego alkoholu bohaterowie nie muszą płacić. Piją dużo, nawet bardzo dużo. Zapomniałem dodać, że inteligencją nasz drogi Colt nie grzeszy. Rooster też nie. Co więcej, w duecie sprawiają, że znowu zaczyna się ciepło wspominać "Różowe lata siedemdziesiąte".

Kiedy już ostatecznie najmłodszy z Bennettów pozostanie w domu, wszystko stanie się bardzo konwencjonalne, czasem też nieco niedojrzałe. Jak przystało na tego typu komedię, żartować się będzie z broni, alkoholu, republikańskich fobii, chorób wenerycznych, whisky i alkoholu, zabaw z jądrami (nie wnikajcie), piwa, alkoholu, i co oczywiste z rodziny, bo bez tej picie alkoholu byłoby raczej ponurym zajęciem.

Najważniejsze wydarzenia w tych odcinkach również nie będą zaskakiwać. Początek sezonu polowań na kaczki, wizyta kowboja u lekarza, odwiedziny w starej szkole, spotkanie dawnej miłości – wszystko do przewidzenia. Niektóre żarty będą zabawne, inne nieco mniej, choć pewnie z polskiej perspektywy część z nich może być niezrozumiała. Trudno np. uśmiechnąć się na myśl o całym zamieszaniu z butami w pierwszym odcinku, jeśli nie kojarzymy zarówno Toma Brady'ego, jak i Marcii Brady. Niby nazwisko to samo, a jednak…

Żeby więc czerpać przyjemność z tego serialu, trzeba choć trochę się orientować, co i dlaczego siedzi w głowach niektórym bohaterom. Dlaczego np. Beau trzyma w domu mnóstwo broni, a i np. jak to się stało, że współcześnie kowbojom żyje się raczej ciężko. Kiedy już zacznie się łapać niektóre aluzje i odniesienia, a i przymknie się oczy na jakże przewidywalny dobór tematów poszczególnych odcinków, "The Ranch" momentami sprawia frajdę. Jest coś uroczego w tym, kiedy śmiertelnie poważny facet mówi do rzodkiewki "Fuck you" albo pytającego "What the fuck is Netflix?". Oczywiście, głupie to i proste, ale cóż – śmieszy. Zresztą bawi momentami nawet i wyciągnięcie pistoletu z lodówki. Serio. Na marginesie, policjant, do którego należała owa broń, czyli Billy (Ethan Suplee) w krótkich chwilach na ekranie był wręcz rozbrajający.

I wydaje się, że jest jeden powód, dla którego warto rzucić okiem na netfliksową nowość, pomimo wszystkich wad, niedoskonałości. Po prostu przez większość czasu obsada wie, co robi. Kutcher ma długą praktykę w graniu idiotów i szczególnie dobrze wypada w momentach, kiedy ma np. po pijaku jechać na traktorze. Trudno nie polubić też Maggie – Debra Winger miewa niezłe momenty, większość z nich, gdy w pobliżu znajduje się Sam Elliott.

Tak więc się prezentuje pierwsza połowa "The Ranch". Jest przewidywalnie, czasem śmiesznie, ale też nie aż tak znowu bardzo. Trafiają się ciekawe momenty jak np. monolog Beau o życiu po wojnie wietnamskiej, ale tak ta scena, jak i kilka innych, nie istniałyby, gdyby aktorzy nie mieli pojęcia o tym, co robią. Warto więc chyba ten sitcom zobaczyć, choćby po to, aby docenić aktorską solidność w obliczu scenariuszowych niedostatków.