"The Walking Dead" (6x16): Nowy porządek świata

"The Walking Dead" (Fot. AMC)

"The Walking Dead" (Fot. AMC)

Wiele rzeczy nie ma sensu w finale 6. sezonu "The Walking Dead", podobnie jak to było we wcześniejszych odcinkach. Ale przynajmniej Negan ratuje sytuację. Uwaga na finałowe spoilery!

"The Walking Dead" był jako sinusoida w tym sezonie. Od dobrego początku przez fatalne odcinki jesienne (takie jak ten, w którym rzekomo zginął Glenn) i odbudowę formy w np. "Knots Untie" (chyba najlepszy odcinek w tym sezonie) aż po rozczarowujące "przygotowania" do finału, w którym też jest na co narzekać. Wzloty i upadki "The Walking Dead" wielokrotnie opisywaliśmy na łamach Serialowej. Przez te szesnaście odcinków chyba tylko najwięksi fani serialu nie mieli chociaż raz w pewnym momencie ochoty rzucić to wszystko w diabły i przestać denerwować się kolejnymi dłużyznami, niepotrzebnymi zwrotami akcji czy zwykłą głupotą i zawieszaniem reguł rządzących tym światem. Ale ponieważ jednak dotrwaliśmy, warto przyznać jedno: czekanie na Negana się opłaciło.

Było warto. Jedną z lekcji "The Walking Dead" jest to, że żywe trupy nie są nawet w połowie tak przerażające jak ludzie, którym przyszło żyć w postapokaliptycznym USA. Świat bez reguł to czysty darwinizm. Zasady moralne czy etyczne mają o tyle znaczenie, o ile ułatwiają lub uniemożliwiają przetrwania. To stan natury - jakby to ujął Thomas Hobbes, stan, w którym toczy się wojna wszystkich przeciwko wszystkim. Negan jest jednym z liderów w tym świecie. I w jednej z najlepszych scen odcinka - w zasadzie w jedynej dobrej scenie - tłumaczy on przerażonemu Rickowi i jego przyjaciołom zasady tego nowego świata, które w skrócie sprowadzają się do absolutnego i ślepego posłuszeństwa. Negan nie jest nowym rodzajem Gubernatora, gra w zupełnie innego rodzaju grę. Tamten jawi się przy nim tylko jako nierozumiejący niczego sadysta.

Ale zanim poznamy Negana, musimy po raz kolejny zmierzyć się z kilkudziesięcioma minutami, która ani nie mają sensu, ani do niczego nie prowadzą. Metody, które stosuje grupa Ricka w tym i poprzednich odcinkach, ocierają się o absurd. Wysyłanie małych grupek "w teren", tam, gdzie na pewno czai się zagrożenie - to łamie przekonanie, że Rick i jego ludzie wiedzą, co robić. A to przecież pokazali, gdy dokonali udanego szturmu na obóz Zbawców. I to było przecież tak niedawno! To właśnie jest esencja problemu, który tak dobrze widać w tym sezonie: nie działają żadne reguły, a wszytko podporządkowane jest doraźnym pomysłom w każdym odcinku. Dlatego Rick i jego grupa tak szybko zmieniają się z komandosów, którym niewiele brakuje do GROM czy SEAL Team Six, w zagubione dzieci, które z łatwością wpadają w kolejne pułapki.

Ta łatwość łamania spójności całego świat, charakterów i zasad prowadzi do takich sytuacji jak zupełnie mało przekonywująca ucieczka Carol, która generuje w zasadzie tylko kolejne puste minuty, kiedy musimy oglądać, jak Rick i Morgan jej szukają. Nie prowadzi to do niczego, żadnego katharsis, nawet gdy Morgan łamie swoje zasady i zabija człowieka. Można oczywiście stwierdzić, że skoro ten serial to tylko rozrywka, to szukanie w nim sensu... nie ma sensu. Ale gdy wszystko coraz bardziej działa na zasadzie wymyślonych ad hoc pomysłów, to i jego wartość rozrywkowa znacznie spada.

To łamanie reguł stało się jaskrawe w wielokrotnie opisywanej historii "śmierci" Glenna w pierwszej połowie sezonu. Nie tylko showrunnerzy zakpili z widzów, ale też wyrzucili do kosza poczucie, że komuś jeszcze w tym serialu może się coś poważnego stać. No bo skoro Glenn przetrwał w sytuacji, w której nie miał prawa przeżyć, to czym tu się więcej emocjonować. Niestety, podobnie było ze szturmem szwendaczy na Aleksandrię i jego absurdalnie łatwym zakończeniem. Oczywiście w sezonie zdarzały się i wciągające chwile - jak atak Wilków - ale całość sprawia wrażenie coraz bardziej rozciągniętego na siłę, wymuszonego. Im dłużej ogląda się "The Walking Dead", tym coraz łatwiej o przekonanie, że wszyscy przy tym serialu zaczynają się męczyć.

Gdy tylko zaczynamy poznawać nowe obszary świata po apokalipse - nowe kolonie, nowe możliwości rozwiązywania konfliktów - to takie wrażenie znika. Na pewno zaletą tego sezonu było to, że właśnie zobaczyliśmy - jak we wspomnianym "Knots Untie" - iż stan powszechnej wojny nie musi być wszechogarniający; że może być "trzecia droga" pomiędzy podbiciem albo podbijaniem. To za całą pewnością jedna z kilku zalet tego sezonu.

Nasi bohaterowie w zderzeniu z Neganem ponoszą oczywiście sromotą klęskę, a nowy wspaniały świat zarysowany przez lidera Zbawców oznacza nic więcej niż tylko pewną formą niewolnictwa. Negan w ostatniej scenie sezonu zaczyna mordować jedną z głównych postaci swoim kijem bejsbolowym, ale tożsamość ofiary poznamy dopiero jesienią. Taki cliffhanger - po tym wszystkim co zobaczyliśmy - jest już tylko kolejną tanią sztuczką.

negan4567

Finał - mimo mocnego wejścia Negana, cała scena pojawienia się jego armii była bardzo efektowna i (jeszcze) jak na "The Walking Dead" robiła wrażenie - nie przyniósł przełamania wrażenia, że dobre odcinki w tym sezonie to tylko wyjątek od reguły. 2. sezon spin-offu, czyli "Fear The Walking Dead", niesie zdecydowanie większe nadzieje, że w tym świecie da się jeszcze we frapujący sposób opowiadać nowe historie. Bo chociaż "nowy wspaniały świat" i nowa sytuacja, w jakiej znajdzie się Rick w następnym sezonie, budzą niewątpliwie ciekawość, to już jest to tylko ciekawość na zasadzie: oglądałem/am tyle lat, to będę oglądać dalej. Trudno nazwać to pozytywną rekomendacją.