"Bliskość" (2x08): Wreszcie razem

"Bliskość" (Fot. HBO)

"Bliskość" (Fot. HBO)

Jedno z najsmutniejszych rozstań tej wiosny już za nami. Pożegnanie z tak dobrą produkcją jak "Bliskość" nie może być łatwe, ale twórcy zrobili absolutnie wszystko, co w ich mocy, by nam to osłodzić. Finałowe spoilery.

Takie skromne, kameralne seriale jak "Bliskość" zawsze będą balansować na krawędzi przetrwania, nieważne, jak dobre by nie były. Produkcja HBO pożyła ostatecznie tylko przez dwa krótkie sezony, co było jednak wystarczającym okresem, by zdążyć się przywiązać do niej i tutejszych bohaterów. Cieszy więc, że twórcy, jakby przeczuwając, jaki los może spotkać ich serial, zgotowali mu iście królewskie pożegnanie.

Wydarzenia z finałowego odcinka można było odgadnąć już po samym jego tytule ("For the Kids"), co niekoniecznie wróżyło mu dobrze. Wszak "Bliskość" przyzwyczaiła do tej pory raczej do bardziej subtelnych rozwiązań i w pełni szczęśliwe zakończenie nie bardzo wpisywało się w tonację serialu. Wszelkie moje wątpliwości zostały jednak rozwiane w jednej chwili, gdy na szpitalnym korytarzu pojawiła się zagipsowana Sophie (Abby Ryder Fortson) ze swoją zbolałą miną. Taki widok mógłby skruszyć serce nawet największego twardziela, nic więc dziwnego, że pod jego ciężarem padały kolejne bariery między czwórką bohaterów, a najtrudniejsze zadanie stawało się dziecinnie proste.

"Dziecinnie" to zresztą słowo-klucz w tym odcinku, w którym najmłodsi okazali się decydującym elementem w starciu o szkołę między Michelle i Anną. Cała ta walka przedstawiona została w niemal groteskowy sposób, konfrontując chłodną, pozbawioną uczuć wizję bohaterki granej przez Katie Aselton z pełnym serca i ciepła zapałem pani Pierson. "Le Petit Village" przegrało ten bój w chwili, gdy na znudzonych twarzach dzieci zagościł uśmiech i jakkolwiek tani był to chwyt, muszę przyznać, że po prostu zadziałał.

Dziwna, służąca głównie jako sposób na podreperowanie dumy Bretta, inscenizacja "Diuny" zamieniła się w show, jakiego długo nie zapomnę i w którym miałbym wielką ochotę wziąć udział. Poczynając od przygotowań do niego, nadzorowanych przez Sophie, poprzez naszych bohaterów w absolutnie nieziemskich strojach (cokolwiek miała na sobie Tina, niewątpliwie miało uosabiać czyste zło w postaci Anny), a kończąc na reakcji dzieciaków na to wszystko – wyszło po prostu magicznie. I kompletnie mnie nie obchodzi, że słodycz aż wylewała się z ekranu.

Finał "Bliskości" to jednak nie tylko szczęśliwe zamknięcie wątku szkoły, ale również happy end dla całej czwórki głównych bohaterów. Można mieć oczywiście wątpliwości, przecież ledwie tydzień temu małżeństwo Piersonów było na skraju upadku, a Alex i Tina zdawali się wreszcie być we właściwym miejscu, ale znów się powtórzę – przyspieszone zakończenie typu "żyli i długo szczęśliwie" kompletnie mi w tym przypadku nie przeszkadzało. Cieszę się, że bohaterowie, do których zdołałem się tak mocno przywiązać, zdołali wreszcie dorosnąć, a twórcy oszczędzili nam rozstania z cliffhangerem.

Pewnie, że tę historię można by kontynuować, trudno też przypuszczać, by obydwa związki nie miały jeszcze przed sobą trudnych momentów, ale po tym wszystkim co przeszli, należy im się chociaż chwila wytchnienia. Przez obydwa sezony mogliśmy bardzo dokładnie obserwować, jak ci, teoretycznie najbliżsi sobie ludzie, stopniowo się od siebie oddalali, raniąc się wzajemnie mniej i bardziej celowo. Trudno spamiętać wszystkie złe chwile, ale na pewno było ich więcej niż tych dobrych, więc najzwyczajniej w świecie cieszę się, że zostawiono nas z nadzieją, że wszystko tu skończy się szczęśliwie.

Michelle, Brett, Tina i Alex bardzo się rozwinęli w ciągu tych szesnastu odcinków. Pamiętacie, jacy byli na początku? Alex z rozbitka w życiu zawodowym i prywatnym przemienił się w człowieka spełniającego się na obydwu frontach, Tina odnalazła swój cel, a Brett i Michelle złoty środek między uczuciami i realizacją marzeń. Zbyt bajkowe i niemające pokrycia w rzeczywistości? Całkiem możliwe, ale czy czasem nie potrzebujemy takich bajek? Banalnych, zamkniętych w prostych słowach opowieści, których najważniejszym celem jest sprawić, by zrobiło nam się trochę cieplej w środku?

"Bliskość" pokazała, że można opowiadać mądrze, bawić i wzruszać, nie zanurzając się po szyję w odmętach depresji. Serial braci Duplassów rósł wraz ze swoimi bohaterami i wspólnie z nimi odkrywał, że dojrzewanie nigdy się kończy, a już na pewno nie wtedy, gdy stajesz się dorosłym. Wielka szkoda, że nie zostanie z nami dłużej, ale zakończenie, które otrzymał, było w pełni satysfakcjonujące i wreszcie udowodniło, że tytułowe "bycie razem" nie musi być odczytywane przewrotnie.

REKLAMA