"Unbreakable Kimmy Schmidt" (2x01-06): Chodź, pomaluj mój świat...

"Unbreakable Kimmy Schmidt" (Fot. Netflix)

"Unbreakable Kimmy Schmidt" (Fot. Netflix)

"Unbreakable Kimmy Schmidt" po roku przerwy wydaje się jeszcze bardziej wdzięczną, kolorową i zabawną produkcją. Wiatru w żagle nabrali i scenarzyści, którzy nas bombardują świetnymi żartami, i aktorzy, mający jeszcze większe pole do popisu. Uwaga na spoilery z pierwszej połowy sezonu (ale nie są one bardzo duże).

"Unbreakable Kimmy Schmidt" już w zeszłym roku była jedną z najświeższych, najciekawszych i po prostu najlepszych telewizyjnych komedii, ale dopiero w tym sezonie serial przechodzi sam siebie, umiejętnie wykorzystując to, co ma najlepszego. Czyli niesamowity talent i równie wielki urok grającej główną rolę Ellie Kemper, broadwayowskie umiejętności Titussa Burgessa, sceniczną zołzowatość Jane Krakowski (której postać zyskuje coraz więcej wymiarów) czy potencjał gościnnych gwiazd, wpadających choćby po to, by wygłosić jedno zdanie.

Przede wszystkim jednak zachwyca to, co robią scenarzyści. Podobnie jak w "30 Rock", mamy tu czasem nawet po kilkanaście żartów na minutę, tak że można całkiem zapomnieć o fabule. Oba seriale łączy to, że "dzianie się" często schodzi na drugi plan, by oddać pole gagom. Momentami serial ogląda się jak absurdalny, długi skecz, przy którym "Saturday Night Live" wysiada.

Tina Fey, Robert Carlock i ich zespół scenarzystów potrafią celnie i skomentować politykę ("Będziemy mieć więcej telefonów niż NSA!"), i zabawić się w krytyków filmowych ("Nie jestem osobą, która się poddaje, wytrzymałam do końca na 'Interstellar'"), i zakpić z naszej kultury, stawiającej celebrytów w centrum (no skąd my wszyscy wiemy tyle o Kardashianach?), i docenić swoje miasto ("Mamy w Nowym Jorku świetną rzecz zwaną relatywizmem moralnym"), i tak po prostu zachwycić jakąś bzdurką, która nam, zwykłym ludziom, za milion lat by nie wpadła do głowy ("Moje przedstawienie jest w internecie, gdzie żyją Beyonce i prezydent"). A humor sytuacyjny wypada w serialu równie wyśmienicie co humor słowny.

Pierwsza połowa 2. sezonu "Unbreakable Kimmy Schmidt" (i zapewne druga też, ale do tej jeszcze nie dotarłam) to niekończąca się parada gagów, z których wszystkie są perfekcyjnie dopasowane do postaci. Choć pojawiają się tu żarty na kontrowersyjne tematy - "Bobby" Durst, top 5 Hitlerów, rasizm, poprawność polityczna, seksizm - serial ani przez moment nie przestaje być uroczy. Owszem, ton czasami zmienia się na nieco poważniejszy, ale trwa to tylko chwilę i następuje przełamanie. Wystarczy, że Kimmy zaśpiewa "Bunny and Kitty, being best friends" albo zapyta "Cześć drzwi, czy nie tęsknicie czasem za byciem drzewem?" - i wszystko wraca do normy.

To serial lekki, zwiewny i przyjemny, ale bardzo daleki od głupiutkiego. "Unbreakable Kimmy Schmidt" ani nie zapomina o tym, że droga bohaterki ku kolorowaniu całego świata zaczęła się gdzieś w bunkrze w Indianie, ani nie traktuje jak żartu ludzkich emocji. Kiedy Kimmy przeżywa swój wielki zawód miłosny, widzimy ją rzeczywiście podłamaną, nie na żarty. Kiedy Titus ucieka przed swoim nowym facetem, u jego boku pojawia się Lilian, która wyjaśnia mu, czemu to robi. Kiedy Lilian walczy o to, żeby ludzie wciąż strzelali do siebie i ozdabiali ściany graffiti w jej dzielnicy, również szybko docieramy do sedna sprawy.

Tak jest ze wszystkimi bohaterami - nie ma nikogo, kogo w 2. sezonie by nie pogłębiono, a serial ma wiele okazji, by pokazać, że komedia też może być świetnym, niebanalnym emocjonalnym galimatiasem. Jakby tego było mało, każde z bohaterów ma szansę wyrazić siebie w taki sposób, aby aktorzy mogli zaprezentować to, co mają najlepszego. Ellie Kemper umiejętnie balansuje pomiędzy rozradowaną małą dziewczynką a uosobieniem kobiecej siły. Jane Krakowski coraz mniej przypomina Jennę z "30 Rock", bo Jacqueline - czy też Jackie Lynn - jest w trakcie wielkiej metamorfozy. Titus śpiewa przez cały odcinek o swoich emocjach i ogląda się to świetnie. Carol Kane wreszcie ma okazję wykazać się w roli Lilian ("Moje włosy są moją peleryną", ach!).

W serialu jeszcze wyraźniej czuć ducha Nowego Jorku - momenty muzyczne tylko pogłębiają to wrażenie, w końcu w jakim innym miejscu na świecie na Titusa czekałoby pianino na chodniku? - widać także, że ktoś tu trzyma rękę na pulsie. Mamy więc żarty z hipsterów i smutną konstatację, że pewne rzeczy się zmieniają niekoniecznie na lepsze; mamy tańce na stacji metra, apartamenty w chmurach, psich masażystów, wściekłych kierowców. I oczywiście mamy Ubera, który ostatnio pojawia się wszędzie.

Imponujące jest to, jak serial wykorzystuje potencjał gwiazd gościnnych, które pojawiają się zwykle na parę minut (albo i krócej), a i tak nie ma mowy, abyśmy o ich występach zapomnieli. Przede wszystkim ujęli mnie Fred Armisen, który wygląda i zachowuje się kompletnie absurdalnie jako Robert Durst (oby Lilian to przeżyła!), oraz Anna Camp, perfekcyjna w roli głupiej blondynki o ilorazie inteligencji równym 150. Ale nawet ci, którzy mieli do powiedzenia jedno zdanie zza kadru (jak Steve Buscemi), wypadli super.

jgfkdlsfsda

Ilość absurdu wylewająca się z ekranu jest po prostu nie do opisania. W "Unbreakable Kimmy Schmidt" można znaleźć sklep, w którym święta trwają cały rok, albo zobaczyć najdziwniejsze na świecie - i przy tym zaskakująco poruszające - przedstawienie o facecie, który był gejszą. Dzieciom można podać proszki, które zamienią je w małe, posłuszne zombiaki, zaś koty do spółki z królikami rozwiązują zagadki kryminalne.

A przy tym to nie jest jedna wielka parada absurdalnych gagów. Kimmy Schmidt - podobnie jak jej serialowi znajomi - bynajmniej nie jest postacią z kreskówki, jest kobietą z krwi i kości, które nie bez przyczyny koloruje cały swój świat. Wielowymiarowość wszystkich bohaterów w tym sezonie stała się już oczywistością. W "Unbreakable Kimmy Schmidt" oglądamy prawdziwych ludzi i prawdziwe emocje - choć oczywiście w mocno przerysowanej wersji. Im więcej odcinków za nami, tym bardziej to widać.

Widać też wzrost pewności siebie u scenarzystów, którzy nie boją się iść na całość i wymyślają jeszcze dziwniejsze rzeczy niż rok temu. I tak, czasem można odnieść wrażenie, że tu chodzi już bardziej o komediową jazdę bez trzymanki niż o jakąkolwiek fabułę. To nic nowego, "30 Rock" też takie było. Na szczęście 13 odcinków to wystarczająco dużo, by dla każdego znalazło się coś miłego. Mnie na razie najbardziej ujął 5. odcinek, "Kimmy Gives Up!", bo z jednej strony wypełniony był wyśmienitymi momentami musicalowymi, a z drugiej widać było wyraźnie, w którą stronę zmierza historia Kimmy i Donga. Tak przygnębionej głównej bohaterki jeszcze nie widzieliśmy, a przecież to kobieta, która spędziła 15 lat uwięziona w bunkrze.

Kiedy serial uderza w nieco cięższe tony, podoba mi się najbardziej. Ale doceniam też leciutkie odcinki, w których właściwie o nic nie chodzi. Czasami można odnieść wrażenie, że scenariusz pisany jest ot tak, od niechcenia, co jest miłą odmianą, kiedy na co dzień ma się do czynienia z wymęczonymi, siermiężnymi sitcomami z amerykańskiej Wielkiej Czwórki. Po obejrzeniu sześciu odcinków 2. sezonu "Unbreakable Kimmt Schmidt" nie widzę ani jednej słabszej strony i ani jednego słabszego momentu. I szalenie się cieszę, że "większa połowa" dopiero przede mną.

Podsumowania całego sezonu spodziewajcie się pod koniec przyszłego tygodnia, bo szkoda by mi było rozstać się z Kimmy w jeden weeekend.