"Orphan Black" (4x01): Do tyłu i z powrotem

"Orphan Black" (Fot. BBC America)

"Orphan Black" (Fot. BBC America)

W premierowym odcinku czwartego sezonu "Orphan Black" stawia mocny krok... w tył. Nie jest to jednak zarzut – tak dobrego początku nie mieliśmy tu od bardzo dawna, co pozwala mieć nadzieję, że nowe odcinki nawiążą do najlepszych czasów serialu. Spoilery.

Po niezwykle skomplikowanej aferze, jaką zafundowali nam twórcy w poprzednim sezonie, chyba niewielu miało już nadzieję, że "Orphan Black" zdoła jeszcze wrócić do formy i świeżości, jaką urzekało na początku. Bardziej prawdopodobna wydawała się opcja, że serial będzie w dalszym ciągu pogrążał się w fabularnych zawijasach, aż wreszcie zaplącze się w nich do tego stopnia, że jego błyskotliwe momenty będą się wydawały odległe niczym mały punkt na horyzoncie.

Tymczasem twórcy postanowili spłatać nam psikusa i zamiast kontynuować w miejscu, w którym porzucili nas poprzednio, cofnęli wskazówki zegara, a my mogliśmy poznać historię klona, od którego to wszystko się zaczęło. Nie, wcale nie chodzi o Sarę. Pamiętacie jeszcze Beth? Jeśli nie, to lepiej sobie przypomnijcie – wtedy cały premierowy odcinek nabierze znacznie większego znaczenia.

Takie zabawy chronologią to oczywiście nic szczególnego, ale tutaj wypadły wyjątkowo z kilku względów. Chyba nikt się już nie spodziewał, że Beth odegra tu jeszcze jakąś rolę. Wprawdzie twórcy raczej skąpili nam do tej pory szczegółów z jej życia, ale najważniejsze informacje zdołali przemycić. Wiedzieliśmy, czym się zajmowała i że zdołała wytropić inne klony, mieliśmy również pewne pojęcie o jej związku z Paulem i relacjach z Artem. Wystarczająco dużo, by zbudować sobie jej ogólny obraz i odstawić go na boczny tor, zapamiętując bohaterkę, jako tą, która zapoczątkowała całą historię i nie ma już żadnego znaczenia.

Powrót do niej teraz, po trzech sezonach, pokazuje, że twórcy mieli na nią znacznie bardziej rozbudowany pomysł. Przywraca również wiarę w nich samych i to, że naprawdę wiedzą, dokąd to wszystko zmierza. Niewiele jest seriali, które pozwoliłyby sobie na odsunięcie na boczny tor postaci, którą poznaliśmy na samym początku, a jeszcze mniej takich, które wróciłyby do niej po tak długim czasie. "Orphan Black" zrobiło to dodatkowo w idealnym momencie, gdy już wydawało się, że historia zaczyna iść w dziwnym, niezbyt satysfakcjonującym kierunku.

Pojawienie się Beth i prowadzone przez nią śledztwo pokazały jednak, że w tych niestworzonych rzeczach, o których nasłuchaliśmy się w poprzednich sezonach, było zaskakująco dużo sensu. Udało się też spiąć całą historię zgrabną klamrą, dając do zrozumienia, że wszystko, do czego doszły Sarah i jej siostry, nie wzięło się znikąd. Leda, Castor, Neolucja i eksperymenty genetyczne były fundamentami tego serialu, ale dopiero teraz, poznając historię Beth, mogliśmy poskładać te elementy w jedną, logiczną całość.

Bardzo dobrze, że stało się to teraz, zanim jeszcze na dobre wrócimy do teraźniejszości. Dzięki temu uniknęliśmy sytuacji, w której znów postawiono by przed nami tuzin nowych pytań i zero wyjaśnień. Nie oznacza to oczywiście, że nagle "Orphan Black" stało się całkiem jasne – nadal ma się wrażenie, że ledwie liznęliśmy temat, ale teraz przynajmniej widać, że coś tam w ogóle jest, a całość nie musi zmierzać w fabularną pustkę.

Poznanie Beth postawiło nas przed jeszcze innym wyzwaniem, mianowicie przypomnieniem sobie wydarzeń sprzed trzech lat, kiedy został wyemitowany pierwszy odcinek serialu. O dziwo, były one w mojej pamięci znacznie bardziej żywe, niż mocno zatarte zdarzenia z ostatniego sezonu. Poziom serialu jednak robi swoje.

Zapominając więc na chwilę o rzeczywistości, mogliśmy się ponownie zanurzyć w świecie, w którym o klonach nie wiedzieliśmy jeszcze niemal niczego i poobserwować Beth Childs przy pracy. Niecodzienne to uczucie oglądać w sumie obcą osobę i czuć, że w jakiś sposób ją znamy. Bo znajome było tu wiele elementów – Art, Paul, Alison i Cosima, nawet Felix mignął gdzieś w tle. Sama Beth jednak to zupełnie nowa bohaterka, której obraz w naszej pamięci nie do końca zgadza się z faktami.

Mamy więc policjantkę próbującą rozgryźć sprawę makabrycznych zbrodni i skrywającą przed światem tajemnicę, że są one w jakiś sposób powiązane z nią samą i tym, co się wokół niej dzieje. Od razu przypomina się pierwszy sezon i jego niepodrabialny klimat, gdy wraz z Sarą stopniowo odkrywaliśmy kolejne zaskakujące fakty. Tutaj przeżywamy to na nowo, ale z zupełnie inną bohaterką, która do tego skrywa własne sekrety i problemy.

Nie wiem, czy twórcy przewidują jeszcze jakieś spotkanie z Beth, tym bardziej, że jej tragiczna historia wydaje się zamknięta, ale cieszy fakt, że nie zapomina się o takich postaciach. Nowy stary klon pokazał, że w tym świecie jest jeszcze mnóstwo do opowiedzenia i wcale nie trzeba gnać do przodu na złamanie karku, by to zrobić. Dobrze napisana bohaterka wystarczy, a gdy jeszcze zostanie ona inteligentnie wpasowana w całą historię to nawet pojawienie się całkiem nowego klona (tajemnicza i zdająca się wiedzieć znacznie więcej o całej tej historii MK) nie robi aż takiego wrażenia.

Trudno przewidzieć, ile jeszcze ma do zaoferowania "Orphan Black". Czy eksperymenty genetyczne i stojący za nimi ludzie okażą się zajmującym elementem fabuły, czy tylko wydmuszką pozwalającą wprowadzić więcej akcji, czas pokaże. Początek czwartego sezonu daje jednak nadzieję na to, że twórcy mają w rękawie kilka asów i tym razem nie ograniczą się one do wyczyniającej cuda na ekranie Tatiany Maslany.