"Supergirl" (1x20): Ratowanie świata i buty kuzyna

Jeżeli komukolwiek wydawało się, że w finale 1. sezonu "Supergirl" zabraknie emocji, to bardzo się mylił. Brakowało za to innych rzeczy, bo równocześnie w "Better Angels" pokazano zarówno to, co twórcom serialu dotychczas się udawało, jak i wszystko, co w ostatnich miesiącach regularnie zawodziło. Spoilery.

Finałowy odcinek "Supergirl" zaczyna się dokładnie w momencie zakończenia "Myriad". Braku pojedynku Kary (Melissa Benoist) i Alex (Chyler Leigh) raczej nikt by scenarzystom nie wybaczył. Niestety owa krótka batalia nie mogła nie zawieść – winić należy niewielką stawkę, przeżycie obu postacie było oczywiste. Pytanie brzmiało więc, jak wybrnąć z tej opresji, a sama odpowiedź bardzo szybko rozczarowała. Udana próba przemówienia do rozsądku przez Elizę Danvers (Helen Slater) spowodowała, że potencjał, jaki mogła mieć Alex w tej wersji, zniknął, zanim człowiek zdążył puścić wodze fantazji. W końcu nawet w zwykłym wydaniu jest to postać wprawiona w demolowaniu tych, rzekomo niezniszczalnych, kosmitów napędzanych żółtym słońcem.

Parę minut później zrobiło się jeszcze dziwniej, bo nie tylko wciąż gadano, ale i Myriad, przynajmniej w swoim kontrolującym umysły wariancie, przestał być problemem. Tyle miesięcy planowania i wcielania w życie; wszystkie wyrzeczenia i ofiary, a jeszcze zanim upłynęło 10 minut odcinka cały plan z panowaniem nad National City, a potem nad światem, wyrzucono do kosza. Owe zapędy Nona (Chris Vance) i Indygo (Laura Vandervoort) pokrzyżowała, uwaga, mowa Supergirl – w sumie całkiem niezła – wygłoszona w starym studiu telewizyjnym i transmitowana na żywo w całym mieście. Ach, to prężenie muskułów przez tradycyjne media.

I może w tym miejscu zakończmy referowanie odcinka krok po kroku, bo tuż po tym, jak ów natrętny problem w postaci armii bezmyślnych marionetek został rozwiązany, "Better Angels" podążyło w zupełnie innym kierunku. Należy dodać, że całkiem satysfakcjonującym, choć niepozbawionym wad. W międzyczasie zadziwiająco dużo czasu poświęcono na witanie się, żegnanie oraz na rozmaite wyznania. Niektóre dialogi niebezpiecznie zbliżały się do granicy niezdatności do jakiegokolwiek użytku, ale na szczęście jej nie przekraczały. W trakcie tych rozmów było także kilka dobrych momentów, a sam zamysł da się zrozumieć. Szykowano przecież dla Supergirl wielką próbę z nutką poświęcenia dla ludzkości, tak aby nie było zbyt łatwo.

Niemniej ostatecznie Ziemia została uratowana, Kara przetrwała, jak i wszyscy pozostali. W CatCo rozdawano awanse, a poza firmą trafił się i kolejny pocałunek. Wiwat, zwyczajowe wątki miłosne... Na koniec dostaliśmy jeszcze przyjemny cliffhanger. Zanim to wszystko się zdarzyło, przyszło nam zobaczyć ten wielki, długo oczekiwany pojedynek między Supergirl a Nonem i muszę przyznać, że cała ta sekwencja wraz z późniejszym wynoszeniem Fortu Rozz w kosmos wyszła całkiem przyzwoicie. Wyglądała tak, jak takie rzeczy zwykły wyglądać w telewizji, trzymała w napięciu, była też chwila z wściekłą superbohaterką. Nie spodziewałem się może, że J'onn J'onzz rozerwie na strzępy Indygo, ale cóż, i tak nie dano jej odejść bez ostatniego słowa.

Także w tych fragmentach, między innymi w poprzedzającej krótką wycieczkę w kosmos rozmowie dwóch sióstr, "Better Angels" jak i cały sezon "Supergirl" zaliczał swoje najlepsze momenty. Tam gdzie była odrobina emocji, gdzie pojawiały się wszelkie wątki związane z rodzinami poszczególnych bohaterów, scenarzyści czuli się całkiem pewnie. Podobnie w finale, jak i w poprzednich odcinkach nie zabrakło również kilku żartów i uroczych nawiązań – w tym ostatnim przypadku jak zwykle brylowała Cat Grant (Calista Flockhart). Swoją drogą, te ziemskie główki to miały wybuchać w stylu "Kingsman: Tajne służby", tak?

Z drugiej strony w finale zawodziły te same rzeczy, które denerwowały przez cały sezon. Sama konstrukcja "Better Angels" była dość dziwna. Po co tak długo zapowiadać Myriad, po co poświęcać po drodze Astrę, skoro w finale sam wątek "kontroli" został sprowadzony do poziomu detalu na początku odcinka? Cały zestaw pomysłów, motywacji bohaterów, które za tym szły, wyrzucono do kosza, a narzędzie kontroli przemieniono w wyjątkowo potężny młotek do tłuczenia ziemian po łepetynach lub czegoś w tym stylu.

Jest jeszcze jedna kwestia, której nie da się ominąć. "Better Angels" prawdopodobnie przebiło wszystko, co dotychczas widzieliśmy, jeśli chodzi o pomijanie czy próby niepokazywania Supermana. Jestem w stanie zrozumieć wysyłanie sobie wiadomości, miniaturową postać gdzieś w oddali czy utraty przytomności, ale pokazanie butów nieprzytomnego Supermana? Wchodzi Kara do pomieszczenia. Na jednym łóżku J'onn, na drugim nieprzytomny Kal-El. Zero reakcji u naszej bohaterki; zupełny brak zainteresowania kuzynem. To wręcz komiczne było.

Co więc można powiedzieć na koniec o finałowym odcinku 1. sezonu "Supergirl"? Był przyzwoity i szalenie nierówny. Zawodziło w nim wszystko to, z czym dotychczas twórcy mieli problem. Z kolei dobrze wypadły te elementy, nad którymi już od jakiegoś czasu sobie radzili. W tym sensie "Better Angels" świetnie reprezentuje cały debiutancki sezon "Supergirl" – co jest jego zaletą, jak i przekleństwem.

REKLAMA