Seks i kłamstwa, czyli "The Girlfriend Experience"

"The Girlfriend Experience" (Fot. Starz)

"The Girlfriend Experience" (Fot. Starz)

Stało się. To chyba wreszcie ten moment, gdy stacja Starz wyprodukowała naprawdę porządny dramat. Obyło się bez wielkich działań promocyjnych i miliona zapowiedzi. "The Girlfriend Experience" zaatakowało nieco z zaskoczenia, zadziwiając widzów i recenzentów. Drobne spoilery.

Poznajcie Christine. Christine jest bystrą i sumienną studentką prawa i właśnie dostała się na staż w Bardzo Prestiżowej Firmie. Christine ma też przyjaciółkę, Avery. Avery nie studiuje prawa i nie pracuje w Bardzo Prestiżowej Firmie. Jest prostytutką. I to nie taką, która zrobi ci loda, gdy kupisz jej spodnie, nie. Avery spotyka się tylko z bogatymi klientami, którzy obsypują ją pieniędzmi i drogimi prezentami, w zamian otrzymując nie tylko kochankę, ale też partnerkę. Oczywiście w określonym wymiarze godzin, w ramach ustalonego wcześniej cennika. Choć całe to bogactwo jest bardzo chwilowe i rozpływa się w powietrzu wraz z zainteresowaniem klientów, Christine wydaje się zaintrygowana tym światem na tyle, by dać się w niego wciągnąć.

Główna bohaterka to socjopatka, chyba nikt nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Poza Avery nie ma żadnych przyjaciół, a gdy ta ją opuszcza, zostają jej już tylko klienci. Jedni wyznają jej miłość, inni przypisują w spadku majątek, a ona w tym wszystkim odnajduje się doskonale. Gdy rozmawia ze swoimi "partnerami", widać wyraźnie, że nie odczuwa wobec nich niczego. Oni z kolei albo tego nie zauważają, albo zauważyć nie próbują. Ostatecznie wszyscy dostają to, czego chcą. Christine dolary, oni złudne poczucie bliskości.

Christine nie sposób polubić, a przynajmniej ja nie potrafiłem. Bardzo łatwo za to się nią zafascynować. Tak naprawdę ciężko stwierdzić, kiedy ona naprawdę jest sobą. Chyba nigdy. Do pracy zakłada maskę, studia – maska, praca po godzinach – inna maska dla każdego klienta. Gdy niemal każdy ze spędzających z nią czas mężczyzn prosi ją, by powiedziała o sobie "prawdę", można się zastanawiać, czy cokolwiek, choćby najmniejszy detal jest prawdą czy może to wszystko jest tylko pozą i Christine stworzyła sobie kilka życiorysów, za którymi bezustannie się chowa. W niektórych sytuacjach można mieć wrażenie, że widzowie także są okłamywani. Jak na przykład wtedy, gdy na światło dzienne wychodzi pewien film. Chyba nikt nie może być w stu procentach pewien, kto tak naprawdę go opublikował.

Riley Keough, która wciela się w główną bohaterkę, to obok ponurej atmosfery największa zaleta tego serialu. Dziewczyna przez większość czasu gra bardzo oszczędnie, ale przez to jej postać jest jeszcze bardziej interesująca. Emocjonalne wybuchy zdarzają się jej rzadko, a gdy się już zdarzają, bardziej zastanawiamy się, czy grana przez nią Christine nie jest przypadkiem wybitną aktorką. Naprawdę świetnie obserwuje się, jak Christine coraz więcej czasu poświęca swojemu dodatkowemu zajęciu, na czym cierpią jej praca, studia i rodzina. Z czasem każdy z tych elementów zostaje niemal całkowicie wyparty i w jej życiu nie pozostaje już nic prawdziwego. Na każdego mężczyznę zaczyna patrzeć jak na potencjalnego klienta, przed którym przybierze kolejną maskę. Choć Christine na początku sezonu zostaje wykorzystana przez Avery, z czasem staje się dokładnie taka sama jak jej przyjaciółka. Mimo to ciężko czuć wobec niej obrzydzenie, nie brakuje za to fascynacji.

Trochę szkoda, że nie do końca został przez twórców wykorzystany wątek Kirkland & Allen – korporacji, w której Christine odbywa staż. Gdy przypadkiem wpada ona na trop ogromnej afery, mamy nadzieję, że ten wątek będzie wyraźnie przebijał się już do końca sezonu. Niestety, szybko schodzi on na boczny plan i tam pozostaje. Być może powróci jeszcze w kolejnym sezonie, o ile ten powstanie. Byłoby szkoda, gdyby David (Paul Sparks) i Mary (Erin Roberts) mieli się już więcej nie pojawić na ekranie. To nieco większy problem – o ile zmiany zachodzące w Christine pokazane są znakomicie, o tyle w wątkach pobocznych panuje już nieco większy chaos i czasami zostają one podniesione tylko po to, by za chwilę je znów upuścić.

"The Girlfriend Experience" to dla mnie póki co największe serialowe zaskoczenie tego roku. Produkcja, o której nie słyszałem, dopóki nie pojawiła się na ekranie, przedstawiła nam jedną z najbardziej wciągających telewizyjnych historii w ostatnich miesiącach. A wcale nie było to takie oczywiste, w końcu jest to serial inspirowany filmem Stevena Soderbergha pod tym samym tytułem. Film, w którym główną rolę zagrała Sasha Grey, zebrał dość nijakie recenzje, więc serial wcale nie musiał się udać. Że się udał, zasługa w tym konsekwentnie prowadzonego scenariusza oraz tworzenia coraz gęstszej atmosfery wokół Christine.

Być może utrzymywanie takiego klimatu nie byłoby możliwe, gdyby za "The Girlfriend Experience" odpowiadała większa liczba scenarzystów, jednak tutaj wszystko zostało w rękach Amy Seimetz i Lodge'a Kerrigana, którzy wspólnie napisali każdy odcinek oraz podzielili się reżyserskimi obowiązkami. Jedynie finał sezonu ma nieco inną formę niż pozostałe odcinki, ale z drugiej strony to świetne zakończenie jednego rozdziału i wprowadzenie do kolejnego. Okazało się, że rasowy dramat wcale nie musi trwać godzinę, wystarczy 13 półgodzinnych odcinków, by opowiedzieć wciągającą historię.

REKLAMA