"Gra o tron" (6x02): Rozstania i powroty

"Gra o tron" (Fot. HBO)

"Gra o tron" (Fot. HBO)

Za nami chyba pierwszy w historii odcinek "Gry o tron" bez nagości czy sceny seksu. Ale zapewne zapamiętacie go także z innych powodów. Uwaga na duże spoilery - nie czytajcie przed obejrzeniem!

Po nieobecności w całym 5. sezonie, do serialu powrócił wreszcie Bran. Isaac Hempstead Wright urósł i jego postać jest teraz szkolona przez Trójoką Wronę (Max Von Sydow), ale to właściwie tyle, co można na ten temat póki co powiedzieć. Jego pojawienie się nie jest na razie żadnym wielkim przełomem – wiemy jedynie, że Bran potrafi teraz zaglądać w przeszłość, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć młodego Neda i jego rodzeństwo oraz dowiedzieć się, że Hodor znał kiedyś więcej niż jedno słowo. Jeśli ktoś myślał, że nagle wątek młodego Starka stanie się fascynujący, będzie musiał srogo się rozczarować. Nie mam wątpliwości, że dokądś to wszystko prowadzi, ale póki co jest to raczej droga przez mękę.

Ramsay kolejny raz ujawnił naturę psychopaty, ale to także coś, co na nikim nie robi już chyba żadnego wrażenia. Zabił ojca, jego żonę i swojego przyrodniego brata, który dopiero co przyszedł na świat? Ziew. Na całe szczęście Iwan Rheon wciąż jest fantastyczny w swojej roli i ogląda się go znakomicie. Czekam na kolejny ruch z jego strony i jednocześnie obawiam się, że to już jego ostatni sezon – te szaleńcze działania muszą w końcu doprowadzić go do zguby.

O dziwo, wróciliśmy też do jednego z najmniej lubianych przeze mnie wątków w książkach Martina – wątku Żelaznych Wysp. Absolutnie się tego nie spodziewałem, jednak dzięki walce o władzę w tym małym, ale ważnym królestwie może zwiastować powrót polityki, której trochę mi w ostatnich odcinkach brakowało. Bardzo mnie cieszy, że w serialu pojawił się Pilou Asbæk w roli Eurona Greyjoya. Tym samym to kolejna już osoba z mojego ukochanego "Borgen", która dołączyła do obsady serialu HBO. Już teraz widać, że ten wątek zostanie poprowadzony inaczej niż w "Uczcie dla wron" – w końcu do domu zmierza Theon, więc bardzo możliwe, że elekcja zakończy się inaczej niż w książce.

Cała reszta wątków nadaje się do zapomnienia – Sansa żegnająca się z Theonem, Arya dalej żyjąca na ulicy, wszystko to, co działo się w Królewskiej Przystani... No i przede wszystkim Meereen, gdzie nie dzieje się absolutnie nic interesującego. Owszem, widzieliśmy smoki, które o dziwo nie zjadły Tyriona, ale to już drugi odcinek, gdzie ta postać jest kompletnie niewykorzystana. Sytuacja za morzem powoli wraca do punktu wyjścia i już niemal wszystko, o co walczyła Daenerys, zostało zaprzepaszczone. Nie wspomnę już o tym, że sama scena ze smokami nic nie wniosła. Owszem, mamy dowód, że dla twórców pokazywanie smoków nie jest już żadnym wielkim wyzwaniem, ale poza tym uwolnienie ich z łańcuchów niczemu nie służyło. W końcu dalej siedzą one w lochach.

Trochę narzekam na ten odcinek i myślę, że może on być najsłabszym ze wszystkich, które zobaczymy w tym sezonie, ale tak naprawdę nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. W końcu wydarzyło się to, na co wszyscy czekali. Jon Snow zmartwychwstał. Oczywiście nie mamy jeszcze bladego pojęcia, co z tego wyniknie, bo najważniejszą scenę odcinka twórcy zostawili na sam koniec, trollując nas dalej. Wielkiego zaskoczenia tutaj nie ma ­– mało kto myślał, że Jon mógłby naprawdę być martwy. Mimo to można było odczuć ulgę, że bohater wrócił do życia i twórcy nie strollowali nas jeszcze bardziej, uśmiercając go na dobre. Można narzekać, że było to dość przewidywalne, zwłaszcza gdy wszyscy zrezygnowani wyszli z pomieszczenia, a my czekaliśmy, aż Jon wreszcie otworzy oczy. Otworzył, ale to dopiero początek. Wygląda na to, że będzie on jeszcze ważniejszą postacią niż w poprzednim sezonie.

Kolejny odcinek i kolejny cliffhanger za nami, teraz jak na szpilkach będziemy czekać kolejny tydzień. Problem jest tylko jeden – o ile z niecierpliwością chcemy się dowiedzieć, co wydarzy się na północy, o tyle wszystko to, co dzieje się na południu i za morzem, interesuje nas średnio. Oby to szybko się zmieniło, bo nie chcę oglądać serialu, który fascynuje mnie przez 10 minut i sprawia, że ziewam przez 40.

REKLAMA