"Unbreakable Kimmy Schmidt" (2x07-13): Tina Fey Show

"Unbreakable Kimmy Schmidt" (Fot. Netflix)

"Unbreakable Kimmy Schmidt" (Fot. Netflix)

"Unbreakable Kimmy Schmidt" w 2. sezonie udowodniła, że jest czymś więcej niż tylko absurdalną, kolorową ciekawostką. Druga połowa sezonu, należąca do pijanej Tiny Fey, okazała się jeszcze mocniejsza niż pierwsza. Uwaga na finałowe spoilery!

"Unbreakable Kimmy Schmidt" jest serialem tak cudownym, tak dobrze napisanym i skomplikowanym pod każdym względem, że aż przykro oglądać ją w systemie maratonu, a potem skrótowo opisywać całość w jednym tekście. Każdy odcinek to kopalnia wyśmienitych żartów, którymi Tina Fey, Robert Carlock i ich ekipa scenarzystów wręcz nas bombardują. Nie brak tu i odniesień do innych seriali, i gagów muzycznych, i kpin z polityki, zmian społecznych, nowojorskich obyczajów. Wystarczy na parę sekund odwrócić głowę, zerknąć na powiadomienie na komórce albo zbyt głośno zakaszleć - i bum! Świetny żart zostaje przegapiony. Tak właśnie mi umknął uroczy madmenowy dowcip z pierwszej połowy sezonu.

A druga połowa to jeszcze większa uczta dla oczu i uszu niż pierwsza! W 7. odcinku dostaliśmy na przykład tabliczkę Pizza Rat Blvd, niezobowiązująco wrzuconą gdzieś w tle, czy wdzięczny pojedynek na gale dwóch blondynek z szaleństwem w oczach. Anna Camp miała malutką rólkę, ale każde jej pojawienie się na ekranie obfitowało w momenty warte zapamiętania. Zwłaszcza że aktorka świetnie przechodziła od totalnej idiotki do kobiety z rekordowym IQ, która dobrze wie, co robi, i z powrotem. To było po prostu wspaniałe.

A przecież Anna Camp to tylko jedna z wielu atrakcji. Bo oto w 8. odcinku Kimmy i Dong omawiają fabułę "Jeziora marzeń" z facetem, który wygląda jak Pacey i mówi, że Joey powinna była skończyć z Paceyem, ale upiera się, że on oczywiście Paceyem nie jest. A ponieważ w postać wcielił się Joshua Jackson, znów zatarła się granica pomiędzy tym co rzeczywiste i będące wytworem czystej wyobraźni, absurdalne i zupełnie realne. Niby drobiazg - ale pokażcie mi drugi serial komediowy, który odstawi podobną akcję z taką samą swobodą. Scenarzyści "Unbreakable Kimmy Schmidt" rozwinęli skrzydła w 2. sezonie, a efektem są rewelacyjne gagi.

Druga połowa sezonu potwierdza, że jest to serial, w którym - podobnie jak w "30 Rock" - bardziej nawet niż o fabułę chodzi właśnie o żarty. Mamy przecież jeszcze cały odcinek z "That Sounds Like Music", wypełniony odjechanymi coverami prawdziwych muzycznych hitów. Mamy pogrzeb aktora, który zagrał zwłoki w "Law & Order: SVU", poprowadzony przez Ice-T we własnej osobie. Mamy kpiny z "Dr. Phila" i świetnego Jeffa Goldbluma. Mamy Jona Hamma przedstawiającego się jako Dick (zły pastor ma na imię Richard, ale oczywiście od razu pojawia się skojarzenie z Dickiem Whitmanem). Mamy setki gierek słownych, z których nie wszystkie w ogóle da się sensownie przetłumaczyć. Ten serial to prawdziwa uczta dla fanów inteligentnego humoru i osób, które orientują się choć trochę w amerykańskiej popkulturze. A i tak na pewno coś przegapicie - sprawdźcie chociażby tę listę.

Trochę szkoda, że Netflix wypuszcza wszystkie odcinki naraz i zwyczajnie nie ma czasu pochylić się nad każdym z osobna. Sporo w ten sposób tracimy, choć oczywiście nie da się przecenić tego, jak świetną sprawą jest cały wieczór w towarzystwie Kimmy Schmidt. Czy cztery wieczory, jak w moim przypadku.

Ale w 2. sezonie widać wyraźnie jeszcze jedno - że cały ten kolorowy zawrót głowy, który jest nam serwowany, to tylko najbardziej zewnętrzna warstwa. "Unbreakable Kimmy Schmidt" ma w sobie niemało życiowej mądrości, kiedy mówi otwarcie o traumie głównej bohaterki - choć trochę potrwało, zanim ta w ogóle zaczęła się do niej przyznawać - czy komentuje całkowicie na poważnie problemy społeczne. Żarty z Redskins i zachowanie Jacqueline w finale sezonu to najpoważniejsza rzecz na świecie. Podobnie jak na przykład ten moment, kiedy Titus oznajmia: "Zajrzałem bigoterii prosto w twarz". To nie jest głupiutki serial, choć bardzo lubi taki właśnie udawać.

To, jak bardzo w tym sezonie pogłębiono samą tylko postać Kimmy, jest imponujące. I nie da się przecenić udziału w tym Tiny Fey, zarówno jako scenarzystki, jak i aktorki. Jej Andrea - wiecznie pijana terapeutka, która w chwilach trzeźwości jest najrozsądniejszą osobą świecie - to prawdziwa gwiazda tego sezonu. Nie mam żadnych wątpliwości, że Fey za tę rolę zostanie obsypana nagrodami (a Ellie Kemper pewnie znów zostanie pominięta w nominacjach, jak rok temu), bo w kilka odcinków dokonała komediowych cudów. Pewnie już nie zobaczymy Andrei i nigdy tak naprawdę nie będziemy mieć czasu się zastanowić, jak nieszczęśliwa z niej osoba, ale jej wpływ na główną bohaterkę zawsze będzie widoczny. A przy tym to była po prostu szalenie zabawna postać, momentami wręcz ocierająca się o slapstick.

tina456

Gdyby nie ona, Kimmy nie zmierzyłaby się ze swoimi największymi demonami, nie pojechałaby na Florydę, nie spotkałaby po latach swojej matki. Która - co nie stanowi już wielkiej niespodzianki - również okazuje się osobą bardzo nieszczęśliwą, pogubioną i niezdolną do przyznania się do błędu, a tym bardziej przeproszenia za niego. Wypada docenić Lisę Kudrow, która w jakieś 20 minut stworzyła pełny, przekonujący obraz tej kobiety. Ale przede wszystkim pojawia się refleksja, że jeśli zdjąć komediową otoczkę, mamy depresyjny wręcz dramat o kobiecie, której problemy zaczynają się we wczesnym dzieciństwie. Matka Kimmy jej nie chciała, bo sama była dzieckiem, kiedy ją urodziła. A gdy ją porwano, zwyczajnie przestała jej szukać, uciekła na drugi koniec kraju i jednocześnie ani przez moment nie przestała się za to nienawidzić. To bardzo mroczna historia, mocno kontrastująca z wesolutkim kolorowym szaleństwem, którym "Unbreakable Kimmy Schmidt" wydaje się być.

W 2. sezonie niesamowite jest to, jak pogłębiono Kimmy, nie zmieniając przy tym charakteru serialu. Ale przecież nie tylko ją! Titus i Jacqueline również przez te 13 odcinków i mieli co robić, i podjęli kilka rozsądnych decyzji, i dowiedzieli się tego i owego na swój temat. Nawet rola Lilian przestała sprowadzać się do wygłaszania komentarzy w tle. I uff, jak dobrze, że Robert Durst okazał się Robertiną! Żart o zabijaniu powracał tyle razy, że miałam obawy, iż Lilian może naprawdę nie dożyć końca sezonu. Nie zdziwiłoby mnie to nic a nic, tak pokręcony był to sezon.

Po emocjonalnej jeździe na roller-coasterze zapewne czeka nas chwila uspokojenia, ale najpierw będzie niestety dłuższa przerwa. Ellie Kemper jest w ciąży, a Kimmy Schmidt oczywiście w ciąży nie jest, więc fani serialu muszą uzbroić się w cierpliwość. Na pewno nie zobaczymy 3. sezonu wiosną 2017 roku, bardziej realne jest lato albo nawet jesień. Chciałabym, żeby przez ten czas netfliksowa publiczność zaczęła bardziej doceniać perełkę, jaką jest "Unbreakable Kimmy Schmidt". Nagrody Emmy też na pewno by nie zaszkodziły. O ile rok temu patrzyłam na produkcję Tiny Fey trochę jak na ciekawostkę - albo młodszą siostrę "30 Rock" - dziś to po prostu jedna z najlepszych obecnie emitowanych komedii.

To serial, który umiejętnie łączy "głupiutką" otoczkę z inteligentnym, absurdalnym humorem i przesłaniem dalekim od banalnego. I zarazem dowód na to, iż najdziwniejszą nawet historię można zamienić w coś wciągającego i bliskiego widzowi, nie zapominając przy tym, że komedia przede wszystkim ma bawić.