"Person of Interest" (5x01): Wojna wciąż trwa

"Person of Interest" (Fot. CBS)

"Person of Interest" (Fot. CBS)

Po praktycznie roku oczekiwania 5. sezon "Person of Interest" wreszcie zawitał na antenę CBS. Na szczęście pewne rzeczy się nie zmieniają i wystarczyło kilka minut, aby znowu zanurzyć się w ten świat oraz przypomnieć sobie, za co ceniło się tę produkcję. "B.S.O.D." najzwyczajniej nie zawodzi i bardzo się cieszę, że mogę to napisać. Spoilery.

Dwanaście długich miesięcy minęło od finału 4. sezonu "Person of Interest", czyli od "YHWH" i wybrzmiewającego na końcu tego odcinka "Welcome to the Machine" grupy Pink Floyd. Ten upływający czas zmusił do postawienia sobie dość przerażających pytań. Co jeśli praktycznie nic z tego, co zbudowano przez ostatnie lata, nie zostało w pamięci? Co jeśli z powodu upływającego czasu znaczna część ważnych lub drobnych elementów zwyczajnie gdzieś uleciała albo została przykryta setkami innych wątków, wydarzeń i seriali?

Przynajmniej na początku premiery 5. sezonu strach ten wciąż może być obecny, szczególnie kiedy kończy się otwierający tę godzinę monolog Root (Amy Acker) – ach, te klamry – a my wracamy do punktu, w którym bohaterowie uciekają przed Samarytaninem i jego agentami. Tak, w "B.S.O.D." Maszyna – przynajmniej w teraźniejszości lub może raczej w bliższej przeszłości – praktycznie do ostatnich sekund odcinka jest nieaktywna, a zadaniem tria Finch (Michael Emerson), Reese (Jim Caviezel) i Root jest nie tylko przeżycie kolejnego kwadransa, ale i postawienie jej na nogi. Z kolei osamotniony nieco Fusco (Kevin Chapman) zmuszony zostaje do samotnego stawienia czoła zamieszaniu powstałemu po zgonach Eliasa i Dominica, a pośrednio także Samarytaninowi.

Równocześnie w retrospekcjach cofamy się do 2006 roku i może, zanim przejdziemy dalej, zatrzymajmy się tutaj na chwilę. Wracamy w nich do momentu, w którym Harold zmuszony zostaje do podjęcia bardzo trudnej decyzji dotyczącej pamięci swojego "dziecka". Decyzji, która zaważyła na wielu późniejszych wydarzeniach. W owych retrospekcjach bardzo podobały mi się te krótkie momenty normalnego życia – spacer, lody karmelowe z solą morską itp. Miło było w tych minutach zobaczyć Nathana Ingrama (Brett Cullen) i Grace (Carrie Preston). Duże wrażenie zrobiła na mnie również rozmowa Fincha z Maszyną na moment przed brzemiennym w skutki wciśnięciem klawisza na klawiaturze. Padło w niej kilka naprawdę ważnych pytań. Te wydarzenia w odległych stanowiły też dobry punkt odniesienia dla obecnych relacji rodzica i jego dziecka lub twórcy i jego dzieła – co komu bardziej pasuje. Dobrze, że tak podkreślono ewolucję poglądów Fincha.

To właśnie bohaterowie powodują, że pomimo przerwy i setek rzeczy, które można było zapomnieć – o ile nie spędziło się kilku dni na przypominaniu ich sobie – "B.S.O.D." tak łatwo pozwala ponownie zanurzyć się w ten świat. Przez te 40 minut zwraca się szczególną uwagę na to, jak poszczególne postacie działają, kiedy znajdują się same, ale także jak na siebie reagują. Odcinek pełen jest cennych i zabawnych momentów w różnych kombinacjach, takich jak np. John i Harold, John i Lionel, Root i Harold, Harold i Bear, Root z Samarytaninem w metrze. To sprawia, że cała wiedza, jaka mogła gdzieś uciec, nagle staje się łatwo dostępna i przyswajalna, a wszelkie lęki szybko znikają. Pomagają też dobrze napisane dialogi, ale tak do tego, jak i do myśli, że w "Person of Interest" zatrudniono bardzo utalentowaną grupę aktorów, mimo wszystko jesteśmy przyzwyczajeni.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałbym wspomnieć. Doceniam, że skorzystano z tak mocno osadzonego w rzeczywistości rozwiązania, aby umożliwić Maszynie ponowne funkcjonowanie. Jeszcze kilka lat temu informacje o klastrach komputerowych i superkomputerach budowanych z PlayStation 3 regularnie pojawiały się w mediach. Nawet Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych zbudowały superkomputer z 1760 konsol. W tym momencie w "Person of Interest" opowiada o wojnie dwóch sztucznych inteligencji, z czego jedna strona praktycznie już wygrała. Twórcy równie dobrze mogli ulec pokusie, aby np. wrzucić jakiś miniaturowy, przenośny superkomputer przyszłości, który błyskawicznie wyrównałoby szanse. Dobrze, że tak się nie stało.

Premierowy odcinek 5. sezonu "Person of Interest" był więc bardzo udany. Został solidnie napisany, dobrze zagrany, a i trzymał w napięciu. Już za moment pojedynek Maszyny i Samarytanina rozpocznie się na nowo, a całe zamieszanie przy powrocie tej pierwszej do stanu aktywności, każe się zastanowić, co tak w zasadzie u niej słychać. Przy okazji zapoznawania się "B.S.O.D." uzmysłowiłem też sobie, jak bardzo mi brakowało tego serialu przez ostatni rok. Już więc się nie mogę doczekać kolejnych odcinków.