"Penny Dreadful" (3x01): Krew, łzy i poezja

"Penny Dreadful" (Fot. Showtime)

"Penny Dreadful" (Fot. Showtime)

"Penny Dreadful" po powrocie udowadnia, że nie ma teraz piękniej nakręconego i lepiej napisanego horroru w telewizji. Choć "The Day Tennyson Died" to typowy odcinek otwarcia, jak zwykle jest czym się zachwycać. Uwaga na spoilery!

Najbardziej stylowy horror, jaki telewizja widziała, powrócił odcinkiem, który w sposób więcej niż wyczerpujący wprowadził nas w dalsze losy wszystkich bohaterów po kolei. Było trochę przeskakiwania z miejsca na miejsce, i to nie tylko po Londynie, a wręcz po różnych kontynentach. Sir Malcolma spotkaliśmy w Zanzibarze, gdzie zawarł nową znajomość, która za chwilę połączy jego wątek z historią Ethana Chandlera, przebywającego, nie z własnej woli, w Nowym Meksyku. Z kolei "potwór Frankensteina", który sam woli określać się jako John Clare, rozpoczął gdzieś pośród arktycznych śniegów trudny powrót do domu.

Tymczasem w Londynie Ferdinand Lyle pomógł Vanessie Ives powrócić o "społeczności ssaczej", Victor Frankenstein spotkał swojego znajomego dr. Jekylla, poznaliśmy także dr Seward (Patti LuPone) i jej ekscentryczne jak na owe czasy metody leczenia pacjentów z problemami psychicznymi, spotkaliśmy zoologa zainteresowanego przede wszystkim stworzeniami, którymi nie interesuje się nikt, a na koniec jeszcze gdzieś za kadrem pojawił się niejaki Drakula. A gdzieś nad tym wszystkim unosił się duch poety Alfreda Tennysona, któremu akurat się zmarło. Bardzo ciekawy i eklektyczny zestaw, przyznacie.

To krótkie streszczenie nie oddaje jednak za nic tego, czym jest "Penny Dreadful". To wspaniale nakręcony, stylowy serial, w którym absolutnie wszystko zachwyca perfekcyjnym wykonaniem. Począwszy od samotnej Vanessy w brudnym, ogromnym domu, a skończywszy na tym, jak wprowadzono do gry najsłynniejszego z wampirów - wszystko wyglądało idealnie i niosło ze sobą zaskakująco duży ładunek emocjonalny. Co właściwie nie zaskakuje aż tak, w końcu w ciągu dwóch sezonów każdego z członków tej specyficznej drużyny zdążyliśmy poznać na tyle dobrze, że dziś ich losy nie są nam obojętne. W szczególności dotyczy to Vanessy, którą znów zobaczyliśmy na samym dnie, tyle że tym razem kompletnie samotną i opuszczoną.

W tym jednym odcinku bohaterka przebyła imponującą drogę, a przecież to dopiero początek. I terapia z dr Seward - która nie bez powodu przypomina jej niejaką Joan Clayton - bynajmniej nie będzie tu główną atrakcją. Vanessę czeka starcie z kolejnymi siłami zła, a na razie mogliśmy nacieszyć oczy i uszy, obserwując ją, jak recytowała poezję i spoglądała w zamyśleniu na Londyn w żałobie.

Lubię seriale, które nie boją się flirtować z kulturą wysoką, a "Penny Dreadful" robi to lepiej niż ktokolwiek inny. W dziewięciu serialach na dziesięć próba wplecenia w fabułę śmierci poety wypadłaby sztucznie albo pretensjonalnie, ale nie tu. "Penny Dreadful" nie tylko umiejętnie miesza ze sobą gatunki - do horroru i wiktoriańskiego dramatu kostiumowego w 3. sezonie doszedł rasowy western - ale też nie zawodzi, kiedy zapuszcza się w nieco ambitniejsze rejony. A ponieważ ma znakomitych aktorów, nigdy, przenigdy nie wypada to sztucznie, dziwnie czy nie na miejscu. Przeciwnie, to najbardziej naturalna rzecz na świecie, że ci bohaterowie posługują się literackim językiem i prowadzą takie a nie inne dyskusje.

Serialowe "Penny Dreadful" niby ma swój początek w tandetnych wydawnictwach zwanych właśnie penny dreadful, ale ambicje ma dużo, dużo większe. To popkulturowe cudeńko najwyższej jakości, doskonałe połączenie wirtuozerii wizualnej ze scenariuszową perfekcją. I "The Day Tennyson Died" jest najlepszym dowodem na to, że ten miks działa - nawet kiedy na ekranie za wiele się nie dzieje, nie da się oderwać od niego wzroku, tak piękny to serial.

Widać też wyraźnie, że John Logan - jedyny autor wszystkich odcinków - z sezonu na sezon pisze z coraz większą pewnością siebie, mieszając sprawnie postacie, miejsca i style, nie przyspieszając niepotrzebnie i unikając tanich chwytów. "Penny Dreadful" stawia raczej na uwodzenie klimatem niż tanie straszenie, a bohaterowie budowani są systematycznie, krok po kroku.

Choć po odcinku wprowadzającym, jakim jest "The Day Tennyson Died", trudno ferować wyroki, nie zdziwię się, jeśli to będzie najlepszy ze wszystkich sezonów. Wszystko, co zostało nam pokazane, zapowiada się świetnie - począwszy od amerykańskich przygód Ethana, a skończywszy na terapii Vanessy i wejściu Drakuli do gry - a scenariusz wydaje się bardziej przemyślany niż kiedykolwiek. Emocji też jest więcej niż kiedykolwiek, bo znamy tych bohaterów już na tyle, by rzeczywiście przejmować się ich losami. Widać też w tym wszystkim cudną lekkość i swobodę, jak gdyby Logan snuł tę skomplikowaną opowieść niemalże od niechcenia.

Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy i oby ten sezon nie okazał się ostatnim.