"Castle" (8x22): Bajka dla dużych dzieci

"Castle" (Fot. ABC)

"Castle" (Fot. ABC)

Dawno, dawno temu, za wielką wodą, żyli sobie pisarczyk i strażniczka. Najpierw się czubili, potem się lubili, a na koniec straszył ich wielki, zły wilk... Tak można byłoby streścić cały serial - dzięki partaczom, którzy odpowiadali za ósmy, finałowy sezon "Castle". Uwaga na spoilery.

Rok temu byłem zadowolony, że powstanie kolejny sezon "Castle", choć pisałem też, że tamten finał stanowiłby świetne podsumowanie serialu. Niestety, showrunnerzy, których nazwiska litościwie pominę, postanowili zrobić wszystko, abym pożałował, że "Castle" nie skończyło się w 2015 roku. Za gorycz odpowiadają też korowody wokół obsady niedoszłego 9. sezonu, który umyślono robić bez postaci Kate Beckett. Na szczęście ktoś w ABC powiedział "basta" i skończył serial, nim zrobiło się jeszcze gorzej.

To było, nie ukrywam, bardzo przyjemnych siedem lat i jeden niezbyt przyjemny rok z "Castle". Nie był to serial wybitny, ale w swojej kategorii długo sprawdzał się znakomicie i wybijał ponad przeciętność tym, czego zabrakło w zakończonym właśnie sezonie - inteligentnym dowcipem, zgrabnie prowadzonymi zagadkami kryminalnymi, przyjemnymi i dostosowanymi do poziomu codziennego widza nawiązaniami do popkultury. To także serial, który sprawił, że odważyłem się wydać własną powieść, która zdążyła do tego czasu porosnąć pajęczyną w szufladzie. "Castle" jest więc serialem, który traktowałem osobiście.

Nie zdziwi więc nikogo, że do finału całego serialu podszedłem jak do jeża i z brakiem zaufania do inwencji twórców. I słusznie, bo wszystko, co działo się na ekranie, było co najmniej trochę naciągane, a Castle, jak zwykle ostatnio, zachował się jak dureń w sytuacji, w której powinien był zachować się inaczej. W dodatku sama postać kryjąca się za pseudonimem LokSat okazała się być troszkę z tylnej części ciała wzięta. Ale powiedzmy, że to akurat nie była wada.

Sama finałowa rozgrywka miała emocjonujące momenty, a także takie, które wyciskają łzy. Podobało mi się zwłaszcza jak pułapka na LokSata przerodziła się w pułapkę na naszych bohaterów, a koniec końców okazało się, że w tym wszystkim jest jeszcze jedno dno. To wyszło bardzo zgrabnie, a i przyjemnością było patrzenie na Hayley w roli snajpera. Było trochę emocji - dokładnie takich, jakie powinniśmy odczuwać w takim momencie.

Wszystko jednak nieuchronnie zmierzało do siłowego i dramatycznego rozwiązania, w którym ważną rolę odegrali Ryan i Esposito, jako baśniowa odsiecz w ostatniej chwili. To akurat wypadło nieźle i można powiedzieć, że był to kolejny emocjonujący moment. Potem niestety wszystko potoczyło się jak w bajce i nadeszła pora na "żyli długo i szczęśliwie".

I właśnie do tego końcowego obrazka się przyczepię, choć wiem, że wielu fanów pewnie by nie darowało, gdyby go nie było. Moim zdaniem jednak bez tego zakończenie "Castle" byłoby o wiele lepsze. Szczególnie w świetle tego, co wyczyniano za kulisami serialu ze Staną Katic.

Zakończenie, w którym Rick i Kate leżą i wykrwawiają się na kuchennej podłodze w apartamencie Castle'a, byłoby naprawdę mocne i o wiele bardziej prawdziwe. Niestety, postanowiono nam zaserwować banalnie szczęśliwe zakończenie, w którym wszyscy sobie z dzióbków spijają, otoczeni gromadką dzieci. Aż brakowało w tym momencie Alexis z jej dziećmi przy tym stole. Co to byłaby za szczęśliwa wielopokoleniowa rodzina! Na szczęście takiej przesady nam oszczędzono, widać ktoś uznał, że choć widzowie są jak dzieci, to jednak nie jak pięciolatki. Jedno jednak jest pewne - mogło być gorzej. A tak, wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Choć fani zapewne ze sporym niesmakiem.

I jeszcze jedna rzecz - nawet w finale nie ustrzeżono się poważnego błędu. Kiedy Rick mówi, kto wie o LokSacie, wymienia nazwiska osób, o których nie mógł wiedzieć, że wiedzą...