"NCIS" (13x24): Smutne pożegnania, nowe etapy

"NCIS" (Fot. CBS)

"NCIS" (Fot. CBS)

Tony DiNozzo pożegnał się z widzami, a w trakcie 40 minut finałowego odcinka jego życie uległo dramatycznej przemianie. W "Family First" ładnie pożegnano tego bohatera, jak i cały 13. sezon. Nie wiem tylko, czy aby tego dokonać, po drodze nie poświęcono zbyt wiele. Spoilery.

Po 13 sezonach, przeszło 300 odcinkach i niezliczonej liczbie Gibbs slapów bardzo, bardzo specjalny agent Anthony DiNozzo Jr. (Michael Weatherly) odjechał windą w stronę zachodzącego słońca. Kończący jego przygodę z "NCIS" odcinek "Family First" okazał się pod kilkoma względami zaskakujący i ogólnie mówiąc dobry. Sprawdził się jako finał sezonu, jak i jako pożegnanie zasłużonego agenta. Udało się tu również powiązać ze sobą wątki, które tego akurat wymagały, choć tak na marginesie mam nadzieję, że w świecie serialu Mi6 nie stanie się teraz nowym Mossadem.

Akcja finału rozpoczyna się w momencie, kiedy bohaterowie śledzą doniesienia medialne dotyczące wybuchu w Izraelu. W kolejnych minutach podróże na inne kontynenty nie dochodzą do skutku, a Tony i reszta ekipy otrzymują najgorszą możliwą wiadomość dotyczącą losu Zivy David. W kolejnych scenach robi się jeszcze dziwniej, bo poznajemy córkę Zivy – Tali. Znaczy córkę jej i DiNozzo. W ten oto sposób, scenarzyści postanowili zadbać, aby Tony miał całkiem przyzwoity powód do opuszczenia agencyjnych murów. I rzeczywiście po tym, jak całe polowanie na Trenta Korta (David Dayan Fisher) dotarło do szczęśliwego zakończenia, a ów były agent CIA podziurawiony został zdecydowanie zbyt dużą liczbą naboi, tak też się stało.

Można się zastanawiać, czy wyciąganie potomstwa z kapelusza rzeczywiście było dobrą decyzją – rzadko kiedy przecież taki zabieg przynosi spodziewane efekty. Z pewnością jednak w tym wypadku okazało się skuteczne. W "Family First" nie zawodzą przede wszystkim pojedyncze sceny – szczególnie właśnie te z Tali. Również niezbędne detale znalazły się na swoich miejscach, jak np. stare zdjęcie, na którym uśmiechała się do wszystkich Kate. Jak zawsze miło było zobaczyć Seniora (Robert Wagner), a dużo ciepła miały w sobie pożegnania Tony'ego z Abby (Pauley Perrette), Gibbsem (Mark Harmon) i McGee (Sean Murray). Ważne również, że DiNozzo odpowiedział sobie na pytania, które zajmowały go od dłuższego czasu. Z drugiej strony zostanie za około 10 lat nowym Gibbsem, nie brzmiało znowu aż tak źle, by uciekać na inny kontynent. No dobrze, żartuję.

I najzwyczajniej dobrze oglądało się ten odcinek. Oczywiście o tyle o ile oglądanie lubianych przez siebie bohaterów w sytuacji, gdy część z nich nie żyje, a inni walczą o życie, można określić słowem „dobrze”. Równocześnie dało się odczuć, że w "Family First" sprawa Trenta Korta i ofiar, jakie po sobie zostawił, zeszła na drugi plan, już chwilę po tym, gdy Tony poznał córkę. Zresztą skoro już mowa o córkach i ojcach, to w innej części miasta odwiedziliśmy także Emily (Juliette Angelo) wciąż będącą przy łóżku rannego Tobiasa (Joe Spano) – znowu tylko margines. Z kolei z powodu nagromadzenia licznych przesiąkniętych emocjami momentów i owego odstawienia samego polowania nieco na bok, dość ubogo wypadła ostatnia konfrontacja ze wspomnianym Kortem.

Pomimo tych ostatnich uwag, jeszcze raz warto podkreślić, że "Family First" po prostu się udało. Należy przy tym zaznaczyć, że w tym celu poświęcono chyba zbyt wiele, bo po zapoznaniu się z finałem, jedna rzecz wciąż nie daje spokoju. Mam na myśli bezceremonialny sposób, w jaki (potencjalnie) uśmiercono Zivę. Poza ekranem, w bezmyślnym ataku przeprowadzonym przez kogoś, kto nawet zbyt wysoko się nie cenił. Da się zrozumieć, po co to zrobiono – historia dotyczyła czegoś innego. Samego sposobu – nie bardzo.

Dotychczas w większości wypadków, jeśli sam koniec miał być tragiczny, mimo wszystko dbano o samych bohaterów. Nawet rok temu, kiedy żegnaliśmy Dornegeta, czy w tym, gdy ostatni raz pojawił się Tom Morrow. Tutaj cóż, nie wiem. Owszem, za jakiś czas może się okazać, że Ziva jednak przeżyła. Problem tylko w tym, że to z kolei postawi twórców przed kolejnym trudnym wyborem.

Brzmi on mniej więcej tak: albo postanowiono się bardzo źle obejść z jedną najważniejszych postaci w historii serialu, albo już i tak dość mocno wędrującą po okolicach oper mydlanych opowieść o pożegnaniu innego bohatera z rodzaju tych najważniejszych, jeszcze bardziej wepchnięto w owe pełne mydlin rejony. Na dodatek w tym drugim przypadku zrobiono to już po tym, jak się zebrało cięgi za los owej bohaterki. Dobrego rozwiązania brak.

Ostatecznie więc zostajemy z dobrym finałem i jednym "ale", które dla części widzów może nawet nie być problemem. "Family First" dostarczyło kilku świetnych momentów i kilku bardzo smutnych. Już jesienią przekonamy się, jak wielka dziura powstała z powodu nieobecności za wiadomym biurkiem pewnego bardzo, bardzo specjalnego agenta.