"Chirurdzy" (12x24): Melodie, które znamy

"Grey's Anatomy" (Fot. ABC)

"Grey's Anatomy" (Fot. ABC)

O dziwo, tym razem żaden z bohaterów nie umarł w finale, ale i tak działo się sporo. W zasadzie dostaliśmy wszystko to, za co lubimy (lub nienawidzimy) "Chirurgów". Co oznacza, że Shonda nikogo nie zawiodła. Uwaga na spoilery.

Pamiętam, jak kiedyś śmiałem się z słynnego cytatu w "Rejsie" o tym, że lubimy te melodie, które znamy. Po obejrzeniu znacznej części odcinków "Chirurgów" nie jest mi już tak do śmiechu, gdyż od dłuższego już czasu mam wrażenie, że Shonda Rhimes zręcznie dokonuje recyklingu użytych już wcześniej chwytów. Które cały czas działają równie dobrze co kiedyś. W każdym razie, życie bohaterów "Chirurgów" normalne być nie może, bo nawet ślub nie może się odbyć bez komplikacji. Porodowych.

Gdybym nie znał wcześniejszych finałów sezonu, to powiedziałbym, że cesarka na żywca i na kuchennym stole jest grubą przesadą. Tyle że widzieliśmy już w "Chirurgach" takie rzeczy (ostatnio choćby wkładanie płodu z powrotem do macicy), że tego typu wydarzenia nie przerywają nawet chrupania popcornu (lub innych przekąsek). Co najwyżej zmuszają do zastanowienia, czemu nie wykorzystano jakiejś whisky czy tequili (w tym domu na pewno obecnej...) do znieczulenia operowanej? W sumie to jednak dobrze, że April zapomniała tych obrączek - przynajmniej uniknęliśmy cesarskiego cięcia w czasie ślubu.

chirurdzy_final1202

A właśnie, ślub Amelii i Owena. Oczywiście, że nie mógł odbyć się bez komplikacji. Halo, przecież to serial Shondy Rhimes. Tu nic nie może odbyć się normalnie i bez komplikacji. Chociaż trzeba przyznać - z naturalnych katastrof mieliśmy tylko deszcz. Dobre i to. Poza tym - same problemy do rozwiązania, bo Amelia w ostatniej chwili zaczęła uciekać sprzed ołtarza, Mer wspierała ją całym sercem, a Owen cierpliwie czekał na wybrankę. Już samo to wystarczyłoby na kilkanaście odcinków porządnej telenoweli i stwierdzam to bez złośliwości, bo akurat to mi się bardzo spodobało.

Najmniej spodobało mi się natomiast słodko-gorzkie spotkanie Arizony z Callie. Przyznam, że trochę nie rozumiem, po co w takim razie były te sądowe korowody, obrzucanie się błotem i tak dalej? Nagle patrzą sobie w oczy, wzruszają się i przekonują nawzajem, że są najlepszymi matkami? Co ważniejsze - tak ma wyglądać pożegnanie z Callie? Jakby nie było jej postać zasługiwała na więcej. Niby otwarte odejście, na wypadek gdyby Sara Ramirez chciała wrócić do Shondalandu, ale jakieś takie... nijakie. Po prostu nijakie.

Emocje ratowała Jo, czy jak tam się ona naprawdę nazywa. Wyszły bowiem wreszcie na jaw źródła jej niechęci do małżeństwa z Alexem. OK, przyznaję - to naprawdę JEST powód. Tylko taka myśl mnie nachodzi, bo jak wiadomo "Chirurdzy" nie są np. "Czarną listą" - jak ona wypełnia zeznania podatkowe? Oraz jakim cudem przebrnęła przez sito weryfikacji dyplomów, uprawnień i innych takich? Swoją drogą, miejmy nadzieję, że Jo (prawdziwe imię nieznane) zdąży odciągnąć Alexa od Andrew, nim zdąży się odbyć bardzo bolesna operacja plastyczna bez znieczulenia i za pomocą pięści.

Ogólnie rzecz ujmując, odczucia po "Family Affair" mam dość mieszane. Z jednej strony, w ostatecznym rozrachunku, całkiem nieźle wypadł ślub i wszystko, co się z nim wiązało (ofiarność i cierpliwość Owena, wątpliwości Amelii i jej ból z powodu zachowania rodziny), interesująco zapowiada się też dalszy rozwój wątku Jo, ale poza tym jakoś tak... Nie całkiem rozumiem, dlaczego nikt w "Chirurgach" nie może mieć, na przykład, normalnego porodu. To nie znaczy jednak, że oglądanie finału dwunastego już sezonu było nieprzyjemne. Po prostu - Shonda w dobrej formie dostarcza nam tego, czego od niej chcemy. Czyli znanych i lubianych zwrotów akcji. Plus Meredith flirtowała z przystojniakiem! Czyżby dr Riggs miał częściej pojawiać się w jej otoczeniu?

I tylko pozostaje się cieszyć, że choć odejście Callie było bezbarwne, to jednak tym razem bohater znika z "Chirurgów" (na razie, bo przecież leci samolotem do Nowego Jorku), nie schodząc przy tym ostatecznie z tego świata.