"Preacher" (1x01): Teksańskie szaleństwo

"Preacher" (Fot. AMC)

"Preacher" (Fot. AMC)

Jedna z głośniejszych tegorocznych premier już za nami i z ulgą mogę stwierdzić, że "Preacher" wypadł całkiem nieźle. Choć pewne rzeczy mogłyby być lepsze, to całość sprawia dość pozytywne wrażenie. Przynajmniej na tyle, by chcieć kontynuować tę dziwną wycieczkę. Spoilery.

Jak na pewno wiecie, "Preacher" powstał na podstawie słynnego komiksu Gartha Ennisa i Steve'a Dillona, a jego pojawienie się na ekranie zapowiadano już dłuższego czasu. Na przeszkodzie stawały jednak różne rzeczy, na czele z tematyką, która dla większości zainteresowanych była zbyt mroczna, brutalna i kontrowersyjna. W końcu odważni znaleźli się w AMC, gdzie w życie wcielono projekt autorstwa Setha Rogena, Evana Goldberga i Sama Catlina. Co więc jest takiego w serialu, którego nie chciało nawet HBO?

Trzeba przyznać, że telewizyjny "Preacher" rzeczywiście nie bawi się w półśrodki. Od samego początku krew leje się strumieniami, trupy padają gęsto, a twórcy nie szczędzą nam nawet najbardziej makabrycznych widoków. W dzisiejszych czasach ekranowa przemoc nie robi już jednak takiego wrażenia – zwłaszcza na widzach AMC – więc jeśli nie wzrusza Was widok ludzkich wnętrzności nie po tej stronie, co trzeba, możecie śmiało zabierać się za oglądanie.

Niesprawiedliwością byłoby jednak sprowadzanie "Preachera" tylko do makabry. Twórcy robią bowiem co tylko w ich mocy, aby przypaść do gustu jak najszerszego spektrum widowni. Ma to swoje zalety i wady – skupmy się najpierw na tych pierwszych. Seth Rogen i Evan Goldberg wielokrotnie podkreślali, że są wielkimi fanami komiksowego "Kaznodziei", ale nie da się ukryć, że dotychczasowe efekty współpracy tego duetu były raczej mało wyrafinowane, co kazało patrzeć na serialową adaptację z pewnym niepokojem. Wydaje się jednak, że w tym przypadku ich podejście będzie strzałem w dziesiątkę.

Wszystko dlatego, że "Preacher" od pierwszych sekund pilota pokazuje, iż nie należy go traktować przesadnie poważnie. Nie ma tu czołobitności względem oryginału, a nad całością unosi się raczej duch swobodnej ekranizacji w lekko kpiarskim tonie. Być może ortodoksyjni fani komiksu poczują się zawiedzeni (ekranizacja to raczej wierna duchowi, a nie literze oryginału), ale większość widzów powinna to przyjąć z ulgą, bo podejście z przymrużeniem oka pasuje jak ulał do tutejszej historii.

Ta skupia się na tytułowym Kaznodziei z małego teksańskiego miasteczka, Jessem Custerze (Dominic Cooper), który jest dość odległy od wizerunku typowego duchownego. Nie są mu więc obce alkohol i wulgaryzmy, a i z pięści potrafi zrobić użytek, za to o wiele gorzej wychodzi mu głoszenie kazań oraz opieka nad swoją "trzódką". Poza tym ma oczywiście problemy osobiste związane po części z traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa, a po części z mniej odległą, awanturniczą przeszłością. Ogółem nie ma lekko i nawet rzuciłby kościelną robotę, gdyby nie boska/kosmiczna/piekielna (niepotrzebne skreślić) interwencja, która otwiera mu oczy na kilka spraw. No i sprawia, że powinien znacznie uważniej dobierać słowa.

Pierwszy odcinek przedstawił swego rodzaju prolog do właściwej historii, która póki co pozostaje tajemnicą. Przynajmniej dla nieznających komiksu. Zostawmy więc to na razie i skupmy się na tym, co już wiemy na pewno. A jest tego mimo wszystko sporo, bo oprócz Jessego poznaliśmy również jego barwnych towarzyszy, czyli byłą dziewczynę Tulip (Ruth Negga) i specyficznego wampira irlandzkiego pochodzenia, Cassidy'ego (Joseph Gilgun). Ta dwójka dostarcza zdecydowanie najwięcej atrakcji w odcinku, serwując brawurową bijatykę w samolocie zakończoną bardzo twardym lądowaniem oraz wręcz spektakularną scenę akcji, w której sporą rolę odegrała domowej roboty bazooka. Daleko od oryginału, ale nie mogę odmówić twórcom pomysłowości i po prostu wyczucia, bo oglądało się to naprawdę pierwszorzędnie.

Tulip i Cassidy rokują więc bardzo dobrze na dalsze odcinki, wprowadzając do tej historii jeszcze więcej luzu i szaleństwa. Warto od razu podkreślić, że zarówno Negga, jak i Gilgun wypadają bardzo dobrze i chciałoby się oglądać ich dłużej. Nieco gorzej wygląda sprawa z samym Kaznodzieją, który na tle swoich kompanów jest mocno... nijaki. Nie obciążałbym tu winą Coopera, a raczej scenariusz, który sprawił, że główny bohater nie miał wielu okazji, by się wykazać. Podczas gdy Tulip i Cassidy przedstawiają się widzom w najbardziej efektowne z możliwych sposobów, Jesse zmaga się z własnymi demonami i próbuje rozwiązać rodzinny problem. Nie wypada to najgorzej, ale średnio pasuje do reszty.

Wstrzymałbym się jednak z ostatecznymi sądami, bo dla tego bohatera opowieść się dopiero zaczyna. Choć nie zmienia to faktu, że im bardziej "Preacher" wyhamowywał z tempem, tym bardziej jego poziom spadał. Oby były to tylko trudne początki, wszak wiadomo, że ta historia ma znacznie ambitniejsze plany niż zostać tylko efektowną rozrywką. Te ambicje kładą się zresztą nieco cieniem na cały odcinek, który momentami jest jakby skrępowany własnymi aspiracjami, przez które nie może w pełni pokazać potencjału. Na razie wygląda to tak, jakby twórcy nie byli do końca zdecydowani, czy iść całkowicie w stronę efektownej kpiny, czy może trzymać ją w ryzach powagi.

Powinno się to wyklarować w kolejnych tygodniach, które dadzą też odpowiedź na pytanie, do jakiego miana serialu będzie aspirować "Preacher". To, że zapewni dobrą rozrywkę jest więcej niż pewne, bo już teraz widać, że twórcy mają znakomite pomysły zarówno na spektakularne sceny, jak i drobne, przemycane mimochodem żarciki (biedny Tom Cruise), i że świetnie odnajdują się w tym szalonym świecie. Jest tu jednak również potencjał na znacznie poważniejszą historię, poruszającą tematy, od jakich komiksowe adaptacje trzymają się raczej z dala. Co się z tego urodzi – zobaczymy. Początek jest obiecujący.