"Arrow" (4x23): Znowu. Znowu? Znowu!

"Arrow" (Fot. The CW)

"Arrow" (Fot. The CW)

To, jak zakończył się 4. sezon "Arrow", ma szansę ucieszyć może kilku widzów. Zanim jednak dobrnęliśmy do końca, trzeba było tylko przetrwać chaotyczny 40-minutowy koszmar, pełen już wcześniej nadużywanych rozwiązań. Spoilery.

Na brak wydarzeń w "Schism" nie można było narzekać. Pożegnaliśmy m.in. Damiena Darhka (Neal McDonough) w teraźniejszości, a także Taianę (Elysia Rotaru) oraz Reitera (Jimmy Akingbola) w retrospekcjach. Finałowa batalia z tym pierwszym odbywała się z udziałem mieszkańców Star City, i to w czasie, kiedy do nuklearnej zagłady świata zostały raptem minuty. Zero presji.

Ponadto grożono śmiercią dorosłym i dzieciom, Oliver (Stephen Amell) dołożył kolejny monolog do katalogu zbędnych mów pozornie motywujących, a i oczka raz mu świeciły, a innym razem gasły. Felicity (Emily Bett Rickards) i Curtis (Echo Kellum) uratowali miasto przed wybuchem nuklearnym przy pomocy aparatu fotograficznego (?) i tabletu, a kolejne kilkanaście tysięcy rozbrojonych głowic wysłali w kosmos. Również tajna baza naszych bohaterów znowu została odwiedzona przez nieproszonych gości.

Po wszystkim tak w teraźniejszości, jak i w przeszłości dokonało się kilka zmian. W retrospekcjach w odwiedziny wpadła Amanda Waller (Cynthia Addai-Robinson), a Oliver wreszcie ma udać się do Rosji, aby mścić się i kopać tyłki lub jakoś tak. Z kolei w teraźniejszości został burmistrzem Star City i ma szansę dożyć do końca kadencji. Za to jego drużyna herosów rozeszła się po świecie lub jak Thea (Willa Holland) zabunkrowała się na kanapie w nieswoim mieszkaniu. Czy tylko ja mam wrażenie, że to ostatnie (kanapa) przy tym drugim (burmistrzowanie) daje większe szanse na w miarę przyjemne przepędzenie kilku miesięcy?

Równocześnie zaznaczmy bez zbędnej zwłoki: godzina ze "Schism" była po prostu męką. Zwykłą katastrofą, gdyż uparto się bezrefleksyjnie wykorzystywać rozwiązania, które już wcześniej zawiodły. Kolejna pompatyczne odezwa do miasta, gdy raczej przydałoby się podejście Forda Prefecta z początku "Autostopem przez galaktykę", sposób rozegrania pojedynku ze złoczyńcą sezonu, uliczne bitwy, setny chyba najazd na tajną kryjówkę – przerabialiśmy to już do znudzenia, i już za pierwszym razem efekty były złe. Rozumiałbym ciągłe powroty do udanych pomysłów – w sąsiadującym w ramówce "Supernatural" Winchesterowie żegnają się ze sobą w zasadzie od dekady i rzadko kiedy komukolwiek to przeszkadza. Tymczasem w "Arrow" jedynie powiela się te same błędy.

Dodatkowo w tegorocznym finale zwyczajnie przesadzono ze skalą całego konfliktu. Już kilka rakiet wysyła nas w absurdalne rejony – w końcu opowieść dotyczy zakapturzonego osobnika z łukiem i strzałami. Kilkanaście tysięcy swobodnie lecących sobie głowic – brak słów… Tym bardziej że potem wszelkie rozwiązania powodują niespodziewane komplikacje. Zamiast zniszczyć świat, owe pociski trafiły do przestrzeni kosmicznej. Czyli co? Przy okazji zakończono międzynarodowe kłopoty z arsenałami nuklearnymi? Wszyscy mają oszałamiające zero głowic? Jakikolwiek satelita przetrwał? Z drugiej strony jeszcze kilka takich "rozrywkowych" lat w Star City, a nawet mnie będzie stać tam na małe mieszkanko. Owszem, w nie najlepszej dzielnicy, ale zawsze to własny kąt…

Zmasakrowane zostały również te nieliczne urocze drobnostki, które umilały wszystkie te smutne i ponure godziny. Na przykład obecność Malcolma (John Barrowman) jest obecnie wręcz nieznośna, a po kolejnej zmianie sojuszy, chyba nadaje się on już tylko do wysłania na Waveridera w "Legends of Tomorrow" – Sara Lance by się ucieszyła. Doświadczenie w podróżowaniu w czasie Barrowman zresztą ma. Z kolei o Diggle'owych wyrzutach sumienia aż nie chce się wspominać…

Najgorsze jest jednak to, że już nie robi różnicy, iż Darhk był całkiem sensownym antagonistą, a w tym odcinku trafiło mu się parę dobrych teksów. Cóż również z tego, że choreografie przynajmniej niektórych walk wyglądały ciekawie, skoro wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż powody np. zbiorowego tłuczenia tak w mieście, jak i w innych miejscach były co najwyżej wątpliwe.

Ostatecznie "Schism" wypada traktować jako okrutny i kiepski żart z widzów. Jak się pomyśli, że za chwilę na tę kompletną klęskę może się jeszcze nałożyć majstrowanie w czasie niejakiego Barry'ego Allena z "The Flash", człowiekowi pozostaje się chyba tylko załamać.

REKLAMA